Strona główna Piłka nożna Europejskie puchary #LetTheDreamComeTrue, czyli najpiękniejszy sen kibica

#LetTheDreamComeTrue, czyli najpiękniejszy sen kibica

0

Poniższy tekst jest marzeniem. Marzeniem kibica, którego serce nie raz było ranione, jednak w tym roku szczególnie mocno. Zainspirowany twittem Bartosza Bereszyńskiego postanowiłem wyobrazić sobie spełnienie się tego marzenia oraz spełnienie się snu o potędze. Mam wielką nadzieję, że dane będzie nam przeżyć tak wspaniałe chwile, oby jak najszybciej 🙂

 

Czwartek, 28 maja 2015 roku

Jak pysznie jest dziś być Polakiem! Cała Europa patrzy dziś na klub ze środkowej Europy, którego skalę sukcesu w proporcji do siły drużyny można porównać do tryumfu Steauy w Pucharze Europy z 1986 roku. Jako Polacy właśnie możemy być dumni, nasi rodacy na emigracji śmiało mogą chodzić z podniesionym czołem. Nastało to, czego nikt się nie spodziewał. Gdyby jeszcze kilka miesięcy temu ktoś zaproponował taki scenariusz, każdy słuchający popukał by się w czoło. Kolejny raz jestem zaskoczony jak piękne historie potrafi kreować piłka nożna.

Wszystko zaczęło się w końcówce meczu rewanżowego w Glasgow. Legia gra z Celtikiem (jeszcze w eliminacjach do Ligi Mistrzów), jest końcówka meczu, prowadzimy 2:0, w dwumeczu 6:1. Nikt i nic nie jest nam w stanie odebrać fazy play-off, bowiem Szkoci zostali zmieceni w pył. Trener Berg przeprowadza zmianę, po której na boisku pojawia się Bartek Bereszyński. Przez błąd w kierownictwie klubu okazało się, że nie był do gry uprawniony i w konsekwencji administracja UEFA przyznaje walkower Szkotom, a nas wyrzuca z walki o Ligę Mistrzów. To był kataklizm, szok oraz krzywda dla piłkarzy. Jednak nie było tego złego co by na dobre nie wyszło. Akcja #letfootballwin z kolei okazała się strzałem w dziesiątkę oraz precedensem w europejskim futbolu.

Przyszedł zatem czas na Ligę Europy. Kibice nie tego oczekiwali, miała być pierwszy raz od tylu lat Liga Mistrzów, na Łazienkowskiej 3 miał rozbrzmiewać jej hymn. Pozostał puchar pocieszenia, lecz dla włodarzy i dla samych piłkarzy dobre było i to. Sami nazywali to zawsze planem minimum, możliwością wypromowania się i czasem na zbieranie doświadczenia. Doświadczenia, które można było zdobyć dopiero w fazie grupowej, bo o potyczce play-off z Aktobe lepiej nie wspominać. Dwumecz bez historii, dwa zwycięstwa, końcówka u siebie była treningiem. Kazachowie próbowali u siebie pogonić naszych kibiców, lecz to panowie piłkarze klubu z kraju Borata zostali pogonieni. I to szybko.

Gdy okazało się, że w fazie grupowej spotkamy się z takimi fachowcami jak gracze Lokeren, Metalista Charków i Trabzonsporu, jasne stało się, że w obecnej formie legioniści są w stanie spokojnie wyjść z grupy, a nawet ją wygrać! Z perspektywy czasu myślę, że była to świetna grupa, mimo że mało medialna. „Wojskowi” bowiem nabrali ogromnej pewności siebie, zebrali wcześniej wspomniane doświadczenie oraz punkty do rankingu UEFA, także dla naszej Ekstraklasy. Legia okazała się hegemonem i w cuglach zwyciężyła grupę typową dla siebie – (L). Pierwszy mecz z Lokeren – 3:0, mecz, jak gdyby przeciwnikiem była Cracovia. Kolejny – zwycięstwo na trudnym tureckim terenie. W 2013 była porażka 0:2, w tym sezonie już 2:1 dla Legii. Mecz z Metalistem, wyjątkowo w Kijowie, to z kolei skrome 1:0 po słabym meczu i bramce z rzutu wolnego Helio Pinto. Należy jednak pamiętać, że na Łazienkowskiej w tym czasie był niemały szpital (kontuzjowani byli Kucharczyk, Jodłowiec, Dossa i Broź), a za kartki pauzował Duda. Drugi mecz tych drużyn to z kolei koncertowa gra Legionistów, choć do przerwy to Ukraińcy prowadzili 1:0. Druga połowa meczu została jednak na długo w głowach kibiców. Momentami wyglądało to na najlepsze czasy tiki-taki Barcelony Guardioli, momentami, przez swą prostotę grę Niemiec z Brazylią na zeszłorocznym Mundialu. Obrona Metalista raz po raz była rozmontowywana a cztery bramki, stracone to był dla nich najniższy wymiar kary. I kto wie czy ten mecz nie był przełomowym momentem? 12 punktów na koncie, wielka szansa na wygranie tej grupy, a przede wszystkim pewność siebie, ogromna jak rządza pieniędzy przez włodarzy z lewej strony Glasgow. Gra jaką prezentowali gdy mieli niekorzystny rezultat to coś wspaniałego. Będąc na trybunie Brychczego i będąc naocznym świadkiem tego zdarzenia nie mogłem rozstrzygnąć – to piłkarze napędzają kibiców, czy to Żyleta nakręca zawodników? Gra świetna, ale poziom decybeli to z pewnością został pobity! Po przerwie na reprezentację , przedostatni mecz grupowy na wyjeździe z Lokeren. Porównałbym go do I meczu z Aktobe, bo i gra podobna, gol strzelony szybko po przerwie no i wynik ten sam i to nie  pierwszym garnitutem. Najważniejsze jednak, że grupa wygrana! I to z przytupem, bo z 16 punktami na koncie (najwięcej spośród wszystkich drużyn, wliczając LE i LM!) po remisie z Trabzonsporem u nas. W ogóle ten ostatni mecz także warty odnotowania, bowiem swoje pierwsze występy zaliczyli w europucharach Adam Ryczkowski, Mateusz Szwoch i Krystian Bielik, a ten pierwszy strzelił nawet bramkę! Wielka sprawa, bo jak mawiał Jan Zamoyski „takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. Warto o tym pamiętać.

W przerwie zimowej można było więc poświętować, tym bardziej, że w lidze aż 8 punktów przewagi nad drugą Wisłą. Optymizm udzielał się całej Warszawie, która zdawała się już dawno zapomnieć o żałobie z początku sierpnia 2014. Co ważne – został szkielet zespołu. Żaden kluczowy zawodnik nie opuścił drużyny, choć blisko tego byli skrzydłowi – Żyro z Koseckim. Na szczęście rozmowy z Lille w sprawie pozyskania przez Francuzów „Żiru” upadły (Legia zaczęła się cenić, a co!), a Kosecki nie zdecydował się na transfer. Z wywiadów można wywnioskować, że do pozostania w stolicy Polski przekonał Kosę, inny Kosa, czyli jego ojciec, pan Roman, który naprawdę tym ruchem może liczyć na tysiące głosów w nadchodzących wyborach parlamentarnych. Ot nowoczesna polityka pro bono. Także miłość Kuby, Ola dostała świetną propozycję od jednej z warszawskich sieci ubrań na reklamowanie nowej kolekcji z serii Zima, a potem Wiosna-Lato. Wygląda na to, że Warszawa staje się ich prawdziwym domem, chyba że w letnim okienku Kosa dostanie ofertę nie do odrzucenia, co nie jest wykluczone.

Po zasłużonym odpoczynku zawodnicy mogli szykować się na starcie ze starymi (ale czy dobrymi?) znajomymi z Holandii – z PSV Eindhoven, które w swojej grupie zajęło 2. miejsce. Nadal widać było, że to nie są ogórki, a gracze, jak Willems, Depay, Wijnaldum czy De Jong to porządni fachowcy. Nic w tym dziwnego, bo to reprezentanci Holandii, brązowej na ostatnim Mundialu. Pierwszy mecz przyszło nam grać u siebie. Na trybunach było równie dobrze jak w 4 lata temu, bo na Żylecie pojawiła się równie efektowna oprawa. Piękny był jej motyw przewodni, czyli Legionista w zbroi a w tle rycina Starego Kontynentu, który za niedługo zostanie podbity. Środowiska kibicowskie podziwiały ją przez kilka tygodni. Na murawie także efektownie. Cios za cios i szybki mecz, który naprawdę dobrze się oglądało. Dla Legii końcowy rezultat 2:2 nie był jednak najlepszą wiadomością. Wielu miało w pamięci dwumecz ze Sportingiem, także w 1/16 i z takim samym rezultatem na Łazienkowskiej. W rewanżu Legia przegrała, lecz w Eindhoven nie popełniła drugi raz tego błędu. Do przerwy „Wojskowi” prowadzili już 2:0 i podłamani Holendrzy nie zdołali już odrobić strat. Kulminacyjnym momentem meczu była akcja, po której Willems w polu karnym sfaulował Kucharczyka i otrzymał czerwoną kartkę. Gdy Vrdoljak wykorzystał karnego (biorąc pod uwagę wszystkie karne w pucharach, bilans Chorwata wynosi 4/6) stało się niemalże jasne, kto zagra w 1/8 finału. Pojawiło się pytanie, z kim?

Życie pisze różne scenariusze. W sierpniu ubiegłego roku w pojedynku Mariboru z Celtikiem jak jeden mąż kibicowaliśmy Słoweńcom, z wiadomych względów. Delikatnie rzecz ujmując, Celtic od momentu pojedynku z nami nie stał się za bardzo lubianym przez nas klubem. Gdy jednak trwały mecze 1/16 byliśmy tak samo zgodni, jak wtedy, co to tego by kibicować zbiorowi kopaczy spod znaku Antify. Jednak ci kolejny raz mając możliwość zmierzyć się z nami i wygrać po sportowej walce, pokazali geniusz pozaboiskowy. Nie chcieli, by znowu ich gromiono, a trzeba przyznać, że i tak odnieśli gigantyczny sukces, jakim było wyjście z grupy z siedmioma punkcikami na koncie. Pomni przykrych doświadczeń w starciu z Legią, woleli złożyć broń przed Łudogorcem Razgrad (został dolosowany, po tym jak zajął 3. miejsce w swojej grupie Ligi Mistrzów), w związku z czym przegrali oba mecze 0:1. Sprytnie.

My z kolei czekaliśmy na dwumecz z Bułgarami. Jak na złość, mieliśmy w tym sezonie bardzo niemedialnych rywali. W Europie już głośniej się mówi o „polskich Beckhamach”, czyli Kubie Rzeźniczaku i Edycie Zając, niż o przeciwnikach Legii. No ale trudno, raz spuściliśmy w kiblu znany klub to nam tego nie uznali, zatem może i dobrze, że los łączył nas z zaściankiem?

Łudogorec nie postawił ekipie Henninga Berga twardych warunków. Zaprawieni już w bojach legioniści lepsze drużyny jedli na śniadanie. W I meczu w Bułgarii w wyjściowej jedenastce wystąpił nawet Bielik, co było dla niego nagrodą za dobre występy w Ekstraklasie. Ten ruch się jak pamiętamy opłacił, bowiem młodzian zaliczył asystę przy pierwszym golu Sa. Na 2:0 podwyższył niezawodny jak zwykle Radović, który tym samym wysunął się na I miejsce w klasyfikacji strzelców z 8 bramkami na koncie (i co ważne tego miejsca już do końca nie oddał!). Do rewanżu w Warszawie wszyscy podeszli na wielkim luzie, bo przy takiej grze niemożliwe było odpadnięcie. Dobrych humorów nie zepsuła nawet porażka w słabym stylu z Koroną w Kielcach 0:2. Zresztą w tamtym czasie przewaga wynosiła 10 punktów więc nikt się tym nie przejmował. Co ciekawe, częściej wspominany będzie właśnie ten mecz z Koroną (przynajmiej przez kielczan, bo dla nich to będzie teraz czerwona kartka w kalendarzu), niż z Łudogorcem rewanż. Tak nudnego meczu nie oglądano przy Łazienkowkiej dawno i całe szczęście, że w 64. minucie meczu obrońca Cosmin Moti pomylił dyscypliny i w polu karnym postanowił zagrać piłkę ręką. Vrdoljak, karny, 1:0, gramy w ćwierćfinale!

To była chyba najlepsza runda ze wszystkich, łącznie z wakacyjnymi kwalifikacjami. Po Bułgarach, czekało nas starcie o jakim wielu marzyło. Mecz z drużyną, która pięć lat temu okazała się najlepsza w całej Europie. Z drużyną, która w tym roku celowała właśnie w zwycięstwo w LE i która jako jedyna zdołała w Serie A (choć w tak słabej obecnie lidze jak włoska to żaden wyczyn) nawiązać walkę o Scudetto z Juventusem. Pech chciał, że ekipa niebiesko- czarnych Mazzarriego trafiła na swojej drodze na Legię Berga. Starsi kibice, i ci w średnim wieku też, pamiętają z pewnością dwumecze z Interem w latach 85′ i 86′. Wtedy także w tym Pucharze, wtedy jeszcze nazywanym UEFA, legioniści odpadali. Teraz miało być inaczej i oczy całej Polski skierowane były, jak zawsze, na Legię, która miała niemałe problemy kadrowe, bowiem kontuzjowani byli główni skrzydłowi, czyli Kucharczyk, Kosecki i Żyro! Z konieczności zatem na jednym ze skrzydeł wystąpił Ryczkowski, który ledwo miał parę meczów w Ekstraklasie. Pierwszy mecz w Mediolanie nie zapowiadał się więc dobrze, tym bardziej, że zagrożeni za kartki byli Jodłowiec, Radović i Kuciak, czyli pierwszy garnitur, prima sort tego zespołu. Musieli grać ostrożnie.

Mimo obaw o wynik, mecz lepiej się nie mógł zacząć. W piątej minucie błąd w ustawieniu Vidicia wykorzystał Duda, który idealnie obsłużył wbiegającego w pole karne… Ryczkowskiego! Ten zachował zimną krew, ustawił sobie piłkę i zapytał Handanovicia, z którego rogu chce wyciągać piłę. Słoweniec wybrał swoją lewą stronę, a młody legionista oddał strzał w jego prawą. „Kłamstwo” w dobrej wierze to było, bo gol na wyjeździe z taką drużyną jest wart wiele. Niestety, to był jednak tylko dobry początek, bo dalsze czterdzieści minut tej połowy, można by porównać do błądzenia we mgle, sprzed dwóch lat w Molde. Szczególnie elektryczni byli „Jodła” i Vrdoljak grający tego dnia za delikatnie, wręcz zapraszający Nerroazzurich do grania przez środek. Niespotykana to rzecz, jak na ich umiejętności. W konsekwencji Włosi (a raczej Argentyńczycy, bo po jednej Palacio i Alvarez) strzelili dwie bramki i schodzili na przerwę prowadząc. Druga połowa także nie była dobrym widowiskiem w wykonaniu „Wojskowych” i tylko cud, oraz odpowiednie ustawienie słupka i poprzeczki spowodowały, że Kuciak nie wpuścił kolejnych bramek. 2:1 to nie byłby zły wynik i chyba cały sztab Legii modlił się, by skończył się ten mecz. Na szczęście Pan Bóg nie posłuchał tych modlitw i spotkanie trwało całe, regulaminowe 90 minut (Rawszan Irmatow nic nie doliczył). To spowodowało, że na 10 minut przed końcem Legia miała swoją okazję. Prawą stroną popędził Broź, który ładnie klepnął sobie z Pinto i by zyskać czas dał się sfaulować, gdzieś na 20 metrze od bramki Interu. Do piłki podszedł Pinto, którego dośrodkowanie znalazło adresata w postaci, no kogóż by innego, jak nie Ryczkowskiego! Główka niespełna 18-letniego chłopaka, sprawiła że Legię ogarnęła euforia. Cały mecz graj piach, broń się a przeprowadź dwie akcje i zremisuj 2:2. Podobną taktykę zawsze stosowali Grecy i też przynosiło to skutek. Żal było tylko Kuciaka, który zwlekał w końcowych minutach z wybiciem piłki, dostał żółtą kartkę i nie zagrał w rewanżu (choć jak wiemy teraz może to i lepiej?). Ryczkowski zaś został w momencie przez media okrzyknięty drugim Kowalczykiem, który w pamiętnym meczu wyjazdowym z Sampdorią strzelił także dwa gole. Fakt, młody swoje zrobił ośmieszył włoską defensywę, ale takie porównania lekko przesadzone są. Niech Adaś pogra jeszcze parę meczów, nastrzela przynajmniej 15 bramek w następnym sezonie Ekstraklasy i wtedy porozmawiamy. Zresztą, lepiej nie porównywać, żeby w przeciwieństwie do „Kowala” węgrowianin w pełni wykorzystał swój talent, a wtedy wszyscy będą zadowoleni.

Czas rewanżu to miało być wielkie święto w Warszawie i faktycznie było. Stolica żyła tym pojedynkiem i można było sparafrazować słowa utworu Deobsona: „jak Legia gra w czwartek, we wtorek mi się pocą ręce”. Kto by zresztą przypuszczał, że półfinał Ligi Europejskiej będzie tak blisko? Okolice stadionu od samego rana wypełnione były przez kibiców, dziennikarzy, koników, wokoło pełno było sklepikarzy ze straganami. Sam stadion wypełniony po brzegi był już na 1,5 godziny przed meczem. Piękny to był widok. W sektorze gości pojawiło się ok. 1000 Włochów, co trzeba uznać za wynik przyzwoity, gdyż poprzedni nasi rywale przysyłali na mecze u nas jakieś wycieczki szkolne, ciężko uznać to za porządne wyjazdy. Na trybunach głośno, na pełnej mocy, jednak na murawie już nie tak dobrze. I Legia, i Inter zaczęli strasznie statycznie, jakby bali się otworzyć, agresywniej zaatakować. W 30. minucie stało się to co stać się nie powinno dośrodkowanie z rzutu rożnego na gola zamienił świetny w grze głową… Dossa Junior, któremu chyba nowa fryzura przeszkodziła w wybiciu piłki i w ten oto sposób pokonany został Jałocha. To było najgorsze, co Legię mogło spotkać, bo Włosi jak to Włosi, jak się zamurują to na amen. I tak to w sumie już wyglądało. Każdy atak pozycyjny, bo o grze z kontry nie było mowy, kończył się na wybiciu piłki na środek boiska, którą Vrdoljak znowu musiał turlać pod pole karne Handanovicia. Czas mijał tak szybko jak rośnie nasze zadłużenie i nim się obejrzeliśmy był już kwadrans do końca. Żyleta dopingowała nieustannie i głośno, ale inne trybuny jakby już traciły wiarę, jakby godziły się na to, że Inter okaże się lepszy. Wielu zamarło w 65. minucie, bowiem oto Bereszyński zagrał w polu karnym piłkę ręką. Czy to był rzut karny? Niby tak, jednak wielu sędziów by tego nie odgwizdało, bo to był taki kontakt jak rok temu w meczu z Ruchem, przegranym w Warszawie 1:2. Losy dwumeczu wydawały się przesądzone. Do piłki podszedł Brazylijczyk Hernanes, który wydawał się mega pewny siebie. Za konkurenta miał mało doświadczonego Jałochę, który pewnie bardziej przypominał mu siatkarza, niż bramkarza. Jakże wielkie było zdziwienie, pomocnika Interu, gdy jego strzał w lewy dolny róg został obroniony! Konrad wyczuł intencje strzelca i rzucił się podobnie jak Przemysław Tytoń na Euro. I podobnie jak on wtedy był na ustach wszystkich kibiców. To był ten moment, gdzie cały stadion znów zaczął śpiewać jednym tchem, znowu nie było widać podziału na trybuny, bowiem cały stadion stał się Żyletą. Chwilę później nastąpiła zmiana, za Jodłowca wszedł Żyro, wracający po urazie mięśnia łydki. Okazało się, że to było najcenniejsze wyleczenie łydki przez Wojciecha Frukacza w historii, bowiem na 10 minut przed końcem „Żiru” potężnie uderzył na bramkę Interu, a piłka zatrzepotała w siatce! Scenariusz filmowy! To był najpiękniejszy gol Żyry w karierze, a także jego najpiękniejszy wieczór odkąd jest na Łazienkowskiej. La Gazetta dello Sport określiła zaś Żyrę, tak jak kiedyś Bońka – „bello di notte”. Trudno się dziwić, bo atomowy strzał Michała w samo okienko powstrzymał wielki Inter, tym samym wyrzucając ostatnią włoską drużynę w europejskich pucharach! Niesamowite!

Legioniści stali się gwiazdami. „Kosa”, „Sagan”, „Kuchy” czy „Bereś” brylowali w programach śniadaniowych. Rzeżniczak i Radović dostali propozycję na występ w jesiennej edycji programu „Gwiazdy tańczą, jedzą i śpiewają jednocześnie!”, (choć w kuluarach mówiono, że Rzeźnik ma być współprowadzącym razem z Ibiszem). O Legii pisano i mówiono, to był moment kiedy stała się marką w Polsce rozpoznawaną przez wszystkich i marką rozpoznawaną w Europie. Jednak to nie był koniec walki. Marzenie o jakim nikt nie śmiał śnić było na wyciągnięcie ręki. Zostały trzy mecze do tego, by pierwsza polska drużyna zdobyła trofeum europejskich pucharów. Klub w porozumieniu z kibicami rozpoczął akcję, podobną do tej z sierpnia ubiegłego roku, której tytuł brzmiał: #LetTheDreamComeTrue. Wyszła cała seria koszulek i gadżetów z tym hasłem. Balon został napompowany mocniej, niż kiedykolwiek. Połfinałem żyła już nie tylko Warszawa, ale cała Polska! Nawet fora internetowe zaskoczyły, bo ciężko znaleźć było na nich wypociny tych, co mają kompleks Legii i stolicy. Piłka naprawdę zmienia świat. Ludzi też.

Nadszedł czas półfinału. Los złączył nas z obrońcą trofeum, czyli hiszpańską Sevillą. To był chyba najgorszy z możliwych przeciwników w tej edycji. Drużyna grająca szybką piłkę, świetnie konstruująca ataki pozycyjne oraz kontry – Legia miała się kogo bać. Tym bardziej, że to marka naszpikowana gwiazdami. Nazwiska Carrico, Beto, Krychowiak, Trochowski czy Bacca mówią same za siebie. Legię czekał piekielnie trudny sprawdzian, jednak wiara w dojście do finału, który przecież miał odbyć się w Warszawie była silniejsza niż chłodna kalkulacja i obiektywne spojrzenie na klasę zespołów. Mimo, że i tak „Wojskowi” osiągnęli w tym sezonie maksimum, kibice pragnęli jak niczego innego pokonania piłkarzy z Andaluzji.

Pierwszy mecz przyszło grać na Estadio Sanchez Pizjuan, przy prawie 50 tysiącach kibiców i to w upale. O dziwo podopieczni Berga zaczęli bardzo agresywnie i już po kwadransie powinni prowadzić co najmniej 2:0. Najpierw okazję zmarnował Kucharczyk i w sytuacji sam na sam z Beto trafił w słupek, potem zaś gola zdobył Saganowski, jednak sędzia boczny dopatrzył się spalonego, którego nie było! W taki oto sposób jeszcze nie prowadziliśmy. I w tym meczu nie pozwolono nam tego uczynić, bowiem w drugiej połowie, gdy Legia ruszyła z kontrą, znowu odgwizdano spalonego gdy sam na sam wychodził „Kosa”! Co najlepsze jednak to to, że gol na 1:0 padł… właśnie ze spalonego, na którym był strzelec gola, Bacca. To jest niepojęte by takie błędy miały miejsce na tym poziomie rozgrywek! Na 2:0 podwyższył Krychowiak, po strzale z dystansu i do Warszawy Legioniści wracali na tarczy, po raz pierwszy w tym sezonie LE. Znowu czuli się oszukani, jak po Celticu. Kibice przestawali wierzyć już w awans do finału, gdyż tak samo jak piłkarze czuli się okradzeni z marzeń. Fora internetowe grzmiały z oburzenia, po raz kolejny zwrócono uwagę ile dobrego dałyby weryfikacje video. Niestety, twardogłowi z Bazylei mają swoje teorie i nie chce im się podnieść dupy by to zmienić trudno im zreformować tę niecierpiącą zwłoki rzecz

Po raz kolejny zatem przyszło nam mierzyć się z wieloma przeciwnościami losu, lecz ciągle przypominano, nasze motto w myśl pieśni: „Niepokonane miasto, niepokonany klub!”. Te właśnie słowa królowały w czwartkowy, rewanżowy wieczór. Mimo, że entuzjazm był mniejszy niż przed Interem, to i tak gwarno było tak jak ostatnio.
Sędzia gwizdnął po raz pierwszy, gramy! Kilka podań w środku, już doskakują latynosi, nogi robią się jak z waty, gdzieś uciekła ta pewność siebie. Czyżby Legia nie wyszła odpowiednio zmotywowana na ten mecz? Raczej nie, przecież wiemy, że Berg to świetny mówca i mentor. Może to kibice tak działają na piłkarzy, że trudno im się nawet ze sobą porozumieć? Kurde, ale to zawsze kibice dodawali tym piłkarzom skrzydeł lepiej niż Red Bull. O co może chodzić? Czy możliwe jest, że tak ogromna stawka podziałała negatywnie? Kto wie… Pierwsza połowa bowiem została spisana na straty. Nie udało się skonstruować żadnej sensownej akcji i jedynym pozytywem było to, że Beto jest w ogóle nierozgrzany więc może nie stanie na wysokości zadania w drugiej połowie. Dobrze też, że Sevilla też na zero z przodu, choć gdyby nie interwencje Kuciaka, mogło być już bardzo źle. No ale to za nami, liczy się tylko druga połowa i niech Bóg pozwoli strzelić szybko pierwszą bramkę, chłopaki nabiorą skrzydeł, może dadzą radę. Mija czas, a nic nie zapowiada, by któryś legionista zdołał wyprowadzić nas na prowadzenie. Obrona hiszpańskiego klubu wydaje się dziś nie do rozbicia… Całe szczęście, że w tym klubie jest ktoś taki jak Marek „król tortowych wyzwań” Saganowski! Mimo, że facet ma już swoje lata, niedługo odstawi buty na kołek (taka natura, ale niech gra jak najdłużej!), to trzeba wiedzieć, że nigdy nie odstawia też nogi. A raczej głowy, bo to właśnie tą częścią ciała pokonał Beto, wykorzystując idealną piłkę od Brzyskiego. 70. minuta 1:0, walczymy! „Obojętnie co się wydarzy, nikt nie zarzuci nam braku zaangażowania i woli zwycięstwa” – zaczęli chyba myśleć warszawiacy i jak jeden mąż rzucili się do ataku. 2:0 spowodowałoby dogrywkę, a wiemy, że w futbolu nie takie rzeczy się zdarzały. Niektórzy odrabiali w finałach stratę trzech bramek, w decydującej serii rzutów karnych o wejście do Ligi Mistrzów obrońca, który zastąpił bramkarza wybronił 2 karne, więc My, Legia Warszawa, mając 20 minut czasu na strzelenie gola mamy tego nie wykorzystać!? Dobre żarty, wślizg, wślizg, wślizg i walimy frajerów w kakao, jak rzekłby Janusz Wójcik. Tego właśnie chciało 30 tysięcy kibiców. Po serii dośrodkowań, rzutów rożnych i próbach przedarcia się w pole karne nadal było tylko 1:0. Całe szczęście, że na skrzydle biega Kosecki! 85. minuta meczu, Kosa wpada w pole karne i dostaje… kosę w nogi. Sędzia tym razem jest obiektywny i nie ma wątpliwości – karny! I czerwień dla faulującego Figueirasa. Stadion oszalał, meksykańska fala, czyste szaleństwo ogarnęło miliony Polaków. Wtem, piłkę w dłonie bierze… Ivica Vrdoljak. Serce skacze do gardła, a przed oczami stają karne z meczu z Celtikiem. Matko Jedyna, co to będzie jak on nie trafi? Znowu strzeli obok słupka i przez taki jeden niecelny strzał pożegnamy się z finałem. Stojąc na Żylecie zasłaniam oczy. Zdaje się tylko na zmysł słuchu. Nie chce widzieć tych karnych, bo jak przestrzeli, to te obrazy będę miał do końca życia. Ustawił piłkę na wapnie, sędzia daje znak, Ivo bierze rozbieg…

-<bum><bum><bum><bum><bum><bum> – mówi serce w czasie chyba dwóch sekund!

Sytuacja podobna jest do tej z maja, 2013 roku, gdy Vrdoljak podchodził do karnego z Lechem w meczu o Mistrzostwo. Stawka teraz jest wyższa, więc czy to udźwignie?
-Nie strzeli tego, nie ma opcji – mówi rozum. Jak bardzo chcę aby się choć raz w życiu pomylił.
Wtem głos zabierają uszy i słyszę: jeeeeeeeee(e)st!!! Oczy widzące cały stadion w amoku zdają się to potwierdzać więc wtapiam się w tę euforię! 2:0 mamy dogrywkę cwaniaczki! Gra o finał toczy się dalej i to u nas, a wy jesteście w osłabieniu. Tylko gardło coś podpowiada, że ma już dość i że już tak dalej nie pociągnie. Ale to jest najmniejszy problem, biorę łyk Pepsi i gówno mnie obchodzi czy ono da radę czy nie. To wyjątkowa chwila więc niech się postara.
Dogrywka sama w sobie nie była porywająca. Piłkarze byli zmęczeni, gra szarpana i naprawdę nie było wiadomo, kto przechyli szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Minęło 15 minut, potem mijały następne. Przyciska Legia, widać, że chcą siąść na nich i nie zejść do końca dogrywki. I dobrze, skoro grają w przewadze to niech to cholera wykorzystają! Karne to zawsze loteria, rok temu Sevilla karne w finale wygrała, Beto dwa obronił, a u nas, mimo że Kuciak to fachowiec prima sort, to karnych raczej nie broni. Karne, jak się ostatnio okazało to Jałocha umie bronić, ale nie mamy już zmian. Nie ma wyjścia, muszą strzelić!
Od czego mamy więc Miro Radovicia? Wystarczyła jedna prostopadła piłka od „Kuchego”, a Rado najpierw wkręcił w ziemię Navarro (przydałby mu się korkociąg, by z tego wyjść) a potem zrobił z Beto to co w 2011 roku zrobił to co z Edelem, bramkarzem Hapoelu strzelając gola na 3:2. Tutaj położył gościa i przerzucił nad nim piłkę, która wtoczyła się do bramki. Cóż to była za euforia!!! Wszystkie dotychczasowe uciechy, wszystkie radości po golach skumulowane, nie równały się temu co przeżyłem wtedy. To było apogeum szczęścia. Emocje sięgnęły zenitu, szczęścia nie było końca. Gdy skończył się mecz, paredziesiąt kibiców wbiegło na murawę, podziękować piłkarzom za ten sukces. Z jednej strony jest to niedozwolone, ale po takim sukcesie chyba każdy powinien mieć możliwość uścisku swoich idoli. To najpiękniejsza chwila jaką może ci zafundować ukochana drużyna. Najlepszy okres w życiu kibica, gdy wchodzi do finału. Największa uciecha, że możesz być tego naocznym świadkiem, a nawet uczestnikiem! Akcja #LetTheDreamComeTrue osiągnęła swój skutek marketingowy, ale przede wszystkim sportowy.
Czas na finał!
Stadion Narodowy, kto by pomyślał, że w finale europejskich rozgrywek, który odbywa się w Polsce, zagra polski zespół? Spełniła się twitterowa zapowiedź Bartka Bereszyńskiego, który po decyzji UEFA o wykluczeniu nas z eliminacji Ligi Mistrzów napisał: cel – finał w Warszawie! Dwa cele po drodze zostały spełnione: po raz trzeci z rzędu wygrana liga, a także puchar wrócił do właściwej gabloty. Teraz nic, tylko wstawić na Ł3 kolejny. Niemożliwe staje się możliwe. Legia stanęła przed szansą osiągnięcia największego sukcesu w historii polskiego piłkarstwa klubowego i chyba największego w ogóle. Jednak by to się stało, należało jeszcze raz spiąć pośladki i rozwalić frajerów. Choć tak naprawdę, naprzeciwko stanęli nie frajerzy, ale gigant wschodniego futbolu, którym rządzi nie kto inny jak Roman Abramowicz. CSKA Moskwa – z grupy Ligi Mistrzów nie wyszli, ale ciężko wyjść byłoby każdemu kto w grupie ma Bayern i Manchester City. Za cel obrali sobie zwycięstwo w Lidze Europy. Byli do tego wyjątkowo zmotywowani, bo po drodze pokonali w dwumeczach: Napoli (4:1 i 2:0) Wolfsburg (3:0 i 1:1), Tottenham (2:0 i 2:0). Takie rezultaty imponowały.
Wczorajszy mecz stał się świętem całego polskiego sportu i nie będzie przesadą, jeżeli powiem, że cały kraj na czas jego trwania wstrzymał oddech. Wszystkie media od prawa do lewa, miały świetny temat (zastępczy przy okazji) na pierwsze strony. Od rana stolica tętniła życiem. Na szczęście obeszło się bez bójek na mieście (nie że w ogóle) więc ludzie czuli się spokojnie, co powinno pozytywnie wpłynąć na wizerunek kibica w mediach. Ale cóż więcej o tym pisać, jak tu mecz jest najważniejszy!
Godzina 20:00, stadion prawie pełen. Wiadomo, że większość to Polacy, prawdziwi Legioniści zajęli trybunę za jedną z bramek i część wzdłuż boiska przez co powstała lekko owalna Żyleta. Rosjanie mimo wszystko także w pełnej gotowości, bo przybyło ich ok. 10 tysięcy. Na chwilę przed meczem odśpiewany „Sen o Warszawie” brzmiał piękniej niż kiedykolwiek. O uronienie łzy nietrudno było. Od teraz to właśnie utwór Czesława Niemena staje się najwspanialszym hymnem piłkarskim, detronizując „You’ll never walk alone”. Podczas hymnu Ligi Europejskiej z kolei zaprezentowana została świetna kartoniada Legii z napisem „This is Legia”, która nawiązywała ewidentnie do oprawy Rosjan z Euro 2012. Oddała też perfekcyjnie charakter tego klubu, wolę walki i determinację, która nigdy się nie skończy. Dodatkowo race dookoła, petardy hukowe, a na początku drugiej połowy serpentyny. Kibicowsko stoimy na czele Europy. A czy piłkarsko też?
Serce znowu mocniej i szybciej zabiło o 21:00. Gwizdek sędziego, Radović do Dudy… Zaczęli „Uśmiechów, radości, kłopotów czy żalu? Czego będzie więcej?” Pojawiły się pytania, tak jak Bohdanowi Łazuce podczas Mundialu w 1982 roku. Okazało się, że nie ma się czego obawiać, bo Rosjanie także są zdenerwowani. Dogodnej sytuacji nie miała żadna ze stron aż do 37. minuty. Z lewej strony w pole karne zacentrował Brzyski, gdzie świetnie odnalazł się Michał Żyro. W powietrzu dokonał syntezy Chucka Norrisa i Zlatana Ibrahimovicia i piętą zagrał do wolnego Radovicia, który głową pokonał Akinfeeva. Co za akcja! Legia prowadzi w finale! Trybuny Narodowego słychać chyba w całej stolicy, bo takiego ryku ten stadion nie widział od czasów Mistrzostw Świata w siatkówce. Przerwa 1:0 jest dobrze, trafiliśmy co mieliśmy, CSKA na razie bez okazji. Powrót na boisko. Szybko minęła ta przerwa, nie wszyscy zdążyli się nawet odlać, a janusze nie zamówili parówek. Gramy. I nagle nastąpiło najgorsze. Dzagoev w dziecinny sposób ograł obronę i wpakował piłę do bramki. Chyba Dossa z Rzeźnikiem nie wyszli jeszcze z szatni, bo 4 minuty po powrocie i gol. Najgorsze to to, że mili goście ze wschodu idą za ciosem raz po raz atakując. Cudów w ramce dokonuje Kuciak, parę razy blokować strzały z dystansu muszą obrońcy, na skrzydłach Brzyski łatwo puszcza Tosicia, który zadomowił się w okolicach pola karnego… Przeczekajmy to, mądrze brońmy się przez te jakieś 10 minut i CSKA też skończy takie szaleńcze ataki.
Chwila rozważnej gry i maksymalne przeszkadzanie w atakach pomogło. Rosjanie dostali impuls po golu, a teraz gdzieś ten impuls zniknął. Gra znów się wyrównała i przyszła w końcu ta magiczna 69. minuta. Nasz mistrz, Miro popędził na bramkę Akinfeeva, wziął na zamach Ignashevitscha i huknął niczym Kuba Błaszczykowski z Rosją na Euro. Gooooooool! 2:1 i znowu wielki Radović! Teraz już nie można tego odpuścić. Utrzymamy do końca, nie ma innej opcji. Mijają minuty, ale wygrywamy więc wydaje się, że szybciej skończyłby się maraton ślimaków, niż ta końcówka. CSKA próbuje na wszystkie sposoby, ale jak na razie nic z tego. Czuć w powietrzu zapach zwycięstwa! Zbliża się 80. minuta, … 85., 90. Sędzia dolicza trzy minuty, ale po co? Przecież nie było przerw w grze! 92. minuta na zegarze, Kuciak paruje strzał Dzagoeva na rzut rożny. W pole karne wbiega Akinfeev, bo CSKA nie ma już nic do stracenia… Jak to się skończy?
Pamiętacie może mecz Polski z Norwegią w piłkę ręczną w 2009 roku i ostatni rzut Artura Siódmiaka na 31:30? Majstersztyk, prawda? To wyobraźcie sobie teraz strzał z połowy boiska piłkarskiego na bramkę w doliczonym czasie gry finału Ligi Europejskiej. Po rozegranym całym meczu, gdy stoi się na nogach tylko dzięki silnej woli. I taki strzał (jak w Turbokozaku) oddał Marek Saganowski, gdy Akinfeeva nie było w bramce.

 

3:1 Legia Warszawa z pucharem Ligi Europejskiej!!!

Tak się zdobywa awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów!