Strona główna Felietony Co tu się właściwie stało?

Co tu się właściwie stało?

0
Foto: Andrzej Roamński / PZKosz

Czy któryś z Was drodzy czytelnicy jest mi w stanie wytłumaczyć, co tu się właściwie stało? Reprezentacja Polski w koszykówce, która od lat nie może na poważnie zaznaczyć swojej obecności na Eurobaskecie nagle ląduje w ćwierćfinale Mistrzostw Świata z czterema zwycięstwami na koncie i bez żadnej porażki.

Słowo „nagle” jest jednak tutaj na wyrost. Każdy, kto choć trochę obserwuje poczynania naszej kadry na koszykarskich parkietach, wie ile ta podróż tak właściwie trwała i ile było na niej wybojów. Z jednej strony wiemy, że nie ma w tym wszystkim przypadku, z drugiej jednak jakoś ciągle trudno w to uwierzyć.

No bo przecież weźmy na tapetę choćby Łukasza Koszarka. Etatowy reprezentant od wielu, wielu lat, którego niejeden chciał już skreślać. I ten oto Łukasz Koszarek odpala niesamowite widowisko w meczu o ćwierćfinał MŚ. Proszę się cofnąć w czasie, kto dwa lata temu mógłby w taki scenariusz uwierzyć? A gdyby już ktoś taki w to uwierzył te dwa lata temu, to zostałby zapewne okrzyknięty przez kibiców co najmniej niepoczytalnym. Panie Łukaszu w imieniu swoim i wszystkich tych, którzy swego czasu w Pana zwątpili — przepraszam.

I to jest chyba miara drogi, jaką ta kadra odbyła. Podróży, jaką zafundował sobie i kadrowiczom Mike Taylor, którego to już też niejednokrotnie chciano tu i ówdzie zrzucić z selekcjonerskiego krzesełka. Ci faceci na nowo napisali definicję słowa „drużyna”. Nie chcę im z tego miejsca odbierać indywidualnych umiejętności, bo bez nich z pewnością nie byliby, gdzie są, ale przecież oni się tak bardzo nie zmienili w ostatnim czasie. Tu nie mamy do czynienia z nowym koszykarskim pokoleniem. To nie jest inna grupa, niż ta, która grywała na poprzednich Eurobasketach, a jednak dziś są zupełnie innym monolitem. Monolitem, który co ważne nie powiedział w Chinach jeszcze ostatniego słowa.

Przepraszam, jeśli porównuję na wyrost, ale czy ktoś jeszcze pamięta, jak ogrywała rywali ekipa Huberta Wagnera na Igrzyska w Montrealu w 1976 roku? Cztery z sześciu spotkań wtedy padło łupem naszej kadry po tie-breakach. Tu jakby przypadek jest podobny, ani w Chinach, ani w kwalifikacjach do mundialu raczej nie ogrywaliśmy rywali z dwudziestopunktową przewagą. Wygrywamy niemalże, po siatkarsku mówiąc „na przewagi”. To jest ta siła, która jest nie do przecenienia w przypadku tej grupy. Chłodna głowa, opanowanie, dobra atmosfera i przede wszystkim umiejętność brania odpowiedzialności w decydujących momentach. Właśnie ta ostatnia cecha oddziela solidnych od najlepszych w każdym sporcie na kuli ziemskiej.

Dostaliśmy to, na co tyle lat czekaliśmy, czyli koszykarski karnawał w Polsce. W niedzielę Argentyna, a potem może zdarzyć się wszystko, bo tych facetów stać dosłownie na wszystko. Czapki z głów, chwilo trwaj!

Komentarze