Strona główna Felietony Falstart – przedyskutujmy to jeszcze raz

Falstart – przedyskutujmy to jeszcze raz

0
źródło: faz.net
źródło: faz.net

Tegoroczne MŚ w lekkoatletyce przebiegają pod znakiem dużej wyrozumiałości ze strony sędziów. Po zakończeniu startu młociarzy w dość niespodziewanych okolicznościach przyznano medal Wojciechowi Nowickiemu. Natomiast 24h po biegu na dystansie 110m przez płotki medal trafił się Hiszpanowi Ortedze, pomimo iż przekroczył linię mety jako piąty.

Weźmy na tapetę przykład Nowickiego, bo każdemu kibicowi znad Wisły musi być on bliższy. Polacy po zakończeniu konkursu w rzucie młotem złożyli oficjalny protest w związku z najlepszym rzutem trzeciego Węgra. Istotnie Halasz przekroczył dozwolony obszar i spalił rzut, medal dla Polaka jest jak najbardziej słuszny. Sędziowie wykazali się jednak wielkim humanitaryzmem i nie odebrali Węgrowi krążka. Uargumentowali ten fakt, tym że Węgier inaczej podchodziłby do kolejnych prób, gdyby wiedział, że nie zaliczono mu wcześniejszej odległości. Całkiem słuszne rozumowanie. Piękny przykład ducha sportu, Pierre de Coubertin pewnie byłby dumny.

Wobec tego ciężko zrozumieć, skąd tak ostre podejście do zawodników popełniających falstart? Od kilkunastu lat te przepisy były tylko zaostrzane. Zaczynaliśmy od podejścia, że każdy zawodnik może popełnić jeden falstart, a skończyliśmy na tym, że każdy falstart kończy się dyskwalifikacją. Oczywiście, pytanie z pierwszej linijki akapitu jest tylko zabiegiem retorycznym. Ostre podejście do zawodników przedwcześnie wybijających się z bloków startowych jest podyktowane utrzymaniem dynamiki lekkoatletycznych wydarzeń. Niweluje to w zasadzie do zera możliwość opóźnień w harmonogramie zawodów. Telewizyjne show must go on. Będę w tym względzie jednak nieprzejednany, duch sportu nakazuje mi jasno stwierdzić, że w przepisach dotyczących falstartu przydałoby się więcej tolerancji dla sportowców.

W 2011 roku falstart Usaina Bolta zabrał mu złoty medal MŚ. Był wtedy bezsprzecznie najlepszy na świecie, a czy to nie właśnie takich zawodników mamy wynagradzać najcenniejszym kruszcem? W 2003 roku natomiast Jonathan Drummond na kilkadziesiąt minut zablokował bieżnię, kładąc się na niej, a jego słynny dialog z sędziami oglądał cały świat. Paryskie mistrzostwa miały być ostatnimi w jego karierze, przyjechał jako faworyt do upragnionego indywidualnego złota. Nie zdobył go, ponieważ w ćwierćfinale popełnił grzech falstartu. Ponadto załamany psychicznie zrezygnował ze startu także w sztafecie. Później paryska publiczność wstawiła się za Amerykaninem i gwizdami blokowała start kolejnych sprinterskich ćwierćfinałów. Spektakl, ale chyba nie taki o jaki mogło chodzić organizatorom.

Dziś obserwowaliśmy dramat mistrzyni olimpijskiej McNeal w biegu eliminacyjnym na 100m przez płotki. Zapłakana opuszczała bieżnię i żegnała się z imprezą sezonu, zanim się ona na dobre dla niej zaczęła. Czy taki wymiar kary jest adekwatny do przewinienia? Zbitka „fair play” przychodzi zawsze na myśl zaraz po wypowiedzeniu słowa „sport”. Skoro zatem oczekujemy od sportowców czystej gry, dlaczego my sami wyrzekamy się ducha „fair play”, tak bezlitośnie karząc ich za każde przewinienie falstartu?

 

Komentarze