Strona główna Felietony W szpilkach po murawie #2

[FELIETON] W szpilkach po murawie #2

0

Wyruszamy na poszukiwanie “ciasteczka” i “dzbana” 22. kolejki Lotto Ekstraklasy! Kandydatów co najmniej kilku. W polskiej piłce nie może być nudno. Od zabawnych i brutalnych zagrań, pięknych bramek, po parszywe wyzwiska. Zanim zasiądziemy dziś przed telewizorami lub na stadionie, przypomnijmy co działo się w poprzedniej kolejce. Zapraszam na subiektywne podsumowanie 22. kolejki Lotto Ekstraklasy.

Pogoń Szczecin 3:1 Górnik Zabrze
Twierdza w Szczecinie stoi jak stała. Pogoń u siebie zdecydowanie nie bierze jeńców. Ósme kolejne zwycięstwo na własnym stadionie. Bilans bramek 19:4. Robi wrażenie. Pogoń twardo stąpa po ziemi i maszeruje w górę tabeli. Rycerze Runjaica, niczym rycerze Króla Artura mogą na stałe wedrzeć się do górnej ósemki, kosztem np.: Lecha Poznań. Co w obecnej sytuacji w ogóle by mnie nie zdziwiło.
Szczecinianie dominowali od początku spotkania. Dużo ruchliwości, wymienność pozycji, małe gry w trójkątach. Jak to bywa w polskiej piłce – logika Ci podpowiada, że to Górnik wyszedł na prowadzenie. Słusznie. Walukiewicz zachował się co najmniej jak junior, który na oczach sędziego, sprowadza we własnym polu karnym do parteru, swojego rywala. Sędzia Raczkowski, nawet bez konsultacji z VAR-em, wskazał na wapno. Angulo i było 0:1 w Szczecinie. Chwilę później mogło być już 0:2. Hiszpan tym razem nie wykorzystał sytuacji jeden na jeden. Załuska tym razem idealnie wyczuł intencje napastnika Górnika. Angulo ma ewidentnie jakiś problem w 2019 roku z sytuacjami “sam na sam”. W spotkaniu z Wisłą zmarnował co najmniej dwie. Teraz również bez ładu i składu próbował mijać goalkeepera gospodarzy.
Ponad to, w trakcie spotkania, dość nieładnie potraktował leżącego rywala. Przypadkowo czy specjalnie? Nie mnie rozstrzygać.

Kibice gości poczuli klimat i ewidentnie zrobiło im się cieplej. Być może to herbatka oraz bułki z paprykarzem szczecińskim tak zasmakowały gościom z Zabrza, że postanowili pójść na całość.

A jak już o paprykarzu mowa… Wszyscy pamiętamy jak zostali przywitani, w poprzednim sezonie, kibice Lecha Poznań. Gospodarze zapewnili im wówczas 90 minut stania. Bo wiadomo, że nikt nie będzie wycierał krzesełek, które były usmarowane owym paprykarzem. Dno, metr mułu i wodorosty. Lechici postali, pokrzyczeli i sobie poszli. Wiadomość poszła w świat, a zachowanie kibiców uderzyło w sam klub.

źrodło: twitter.com/nopawel

Tym razem jednak było zupełnie inaczej. Marketing klubu poszedł na przód. Paprykarz nie wylądował na krzesełkach, lecz na bułkach, które rozdawano kibicom gości podczas meczu.

źródło: https://twitter.com/FlorekD

Wracając do wydarzeń na murawie. Pogoń po chwili zebrała się w sobie. Niczym zawodowy bokser, który dostał “gonga” na twarz, szybko wstaje, otrzepuje się i walczy dalej. Lider “Portowców” Kamil Drygas, będący w świetnej formie, prowadził swoich kolegów niczym Mojżesz przez… “polskie, piłkarskie” morze. Bramkę wyrównującą dał gospodarzom Majecki. Świetnie uderzył z rzutu wolnego. Swoje dołożył bramkarz Zabrzan, Chudy, który najpierw ustawił mur tak, że nic nie widział. Nawet tego, że piłka zamiast w pole karne, zmierzała bezpośrednio w światło bramki. Jak już się zorientował to było za późno. Odbił futbolówkę, ale ta przekroczyła już linię bramkową. Mało tego: wkrótce Nunes spróbował nawet… wkręcić bezpośrednio z rzutu rożnego. Znowu niewiele zabrakło. Pogoń poszła za ciosem i znów pomógł im bramkarz Górnika. Silny strzał za pola karnego, lekki rykoszet i piłka przelatuje pod łokciem Chudego. Nie oszukujmy się. Nie była to bomba w okienko, ani też strzał przy samym słupku. Bramkarz zabrzan nie było też zasłonięty. Po prostu miał słabszy dzień, co “Portowcy” wykorzystywali na każdym kroku. Druga część spotkania skończyła się jakoś w 50 minucie. Kolejny stały fragment gry i znów trafienie dla Pogoni. Obrońcy gości stali w polu karnym i obserwowali, jak najpierw głową uderzył Drygas. Poprzeczka. Następnie strzela Malec – piłka w bramce. Znów Chudy odbija piłkę zza linii bramkowej. Z tą różnicą, że bramkarz Górnika w tej sytuacji może czuć się usprawiedliwiony. Ostatecznie dobija Buksa. Jednak trafienie zaliczone na konto Mariusza Malca, dla którego było to pierwsze trafienie w Lotto Ekstraklasie. Gratulujemy!

Górnik nie miał dziś żadnego pomysłu na zatrzymanie stałych fragmentów Pogoni. Zabrzanie próbowali, ale nie mieli żadnych argumentów. Szymon Żurkowski był cieniem samego siebie, nie potrafił dziś pociągnąć zespołu nie tyle do lepszej gry, co choćby do nawiązania walki. Ale to, że Pogoń u siebie jest mocna, wszyscy w lidze wiedzą. Dopiero jeśli zacznie przywozić regularnie pełną pulę z wyjazdów, będzie mogła wskoczyć na jeszcze wyższy poziom, także w tabeli. Górnik? Brutalnie zderzył się z rzeczywistością. Zwycięstwo z Wisłą już nic nie znaczy. Zabrzanie na pewno nie są tak słabi, jak pokazali w tym spotkaniu. Ale walka o utrzymanie może okazać się niestety szarą rzeczywistością.
Wszyscy czekamy na wiatr co rozgoni…

Piast Gliwice 4:0 Lech Poznań

Z Poznania do Gliwic mamy około 300 kilometrów. Bardzo szanuje zawodników Lecha, którym chciało się jechać taki kawał, aby rozegrać sparing. I jeszcze dostać lanie! Brawo! A tak na poważnie, to Gliwiczanie zmietli z powierzchni Lechitów. Podopieczni Adama Nawałki wyglądali tak, jakby nie potrafili wygrać nawet turnieju “Z podwórka na stadion”. Ile to razy słyszeliśmy z ust prezesów Lecha deklarację, że teraz to już znaleźli wyjście z sytuacji, w której Lech permanentnie nie spełnia oczekiwań. Miał być trener z twardą ręką, miał być trener, który potrafi odbudować psychicznie piłkarzy, miał być trener z wielkim doświadczeniem. Generalnie to wszystko się zgadza. Ale na końcu okazuje się, że te opowieści można wsadzić między bajki. Lech dalej w marazmie. Lech dalej w dołku i otchłani przeciętności. Lech znów nie wygrywa. A co więcej, Lech dostaje potężne lanie u siebie. Coś poszło nie tak. W Poznaniu nie mają kadry na TOP3. Trzeba powiedzieć wprost – poznaniacy mają kadrę na poziomie ligowego średniaka.

Do zawodników Lecha przylgnęła łatka ludzi, którzy z jakiegoś dziwnego powodu potrafią grać w piłkę. W swoich szeregach mają może dwóch, trzech zawodników, którzy mogą się wyróżniać, m.in: Gytkjaer czy Gumny. Pierwszy jest kompletnie zależy od postawy kolegów, co dobitnie pokazał mecz w Gliwicach. Gumny? Może kiedyś wróci na boisko, jak wyleczy kontuzje, albo zdąży nabawić się kolejnej. Zobaczmy dalej. Wasielewski to chłopak, który jeszcze chwilę temu grał w rezerwach “Kolejorza”. Janicki to zawodnik, który na ten moment pasuje bardziej do zespołu z I ligi, niż z Ekstraklasy. Vujadinović to totalny ogórek, któremu na dodatek Nawałka ufa. No to powodzenia życzę. Kostewycz jest mocno przeciętny. Idźmy dalej. Wiecznie szukający rytmu meczowego Jevtić, Makuszewski gra jakby chciał, a nie mógł, Jóźwiak bez liczb, Amaral z przebłyskami, Trałka utożsamiany ze wszystkimi wtopami Lecha. I na koniec Buric, któremu już się chyba odechciało grać w piłkę. Niewzruszony całą sytuacją bramkarz Lecha spokojnie podziwia kolegów w akcji i daje się im wykazać. Całe trzy sekundy! Podczas gdy Parzyszek próbuje wbić piłkę do siatki z odległości kilku centymetrów? Można? Można!

Podsumowując. To nie są piłkarze beznadziejni, ale w skali Ekstraklasy po prostu przeciętni. Tacy na górną ósemkę, ale na pewno, na ten moment, nie na podium. W Lechu miała być młodzież. No i są przed telewizyjnymi kamerami… Tymoteusz Klupś i Marcin Wasielewski – pierwszy w przerwie, drugi już po końcowym gwizdku. Dwaj najmniej doświadczeni zawodnicy tłumaczą się z klęski. Przynajmniej można było się pośmiać, jak Klupś opowiadał, że posiadanie piłki lechici mają dobre i w sumie to muszą uważać tylko na kontry Piasta. Hahaha!

Gliwiczanie byli lepsi od Lecha pod każdym względem. Lepiej rozgrywali, dryblowali, bronili, strzelali. Doskonale grali w ataku pozycyjnym. W defensywnie Kirkesov zagrał chyba najlepszy mecz od kiedy pamiętam. Znakomicie wyglądał Konczkowski, Felix po raz kolejny udowodnił swoją wartość, Parzyszek robił co mógł, środek Dziczek – Hateley zaprezentował się solidnie, Czerwiński był bezbłędny. Fornalik może być naprawdę dumny ze swojej drużyny.

Łukasz “nie wal w ten autobus Ty pało”, Trałka, postanowił odpocząć. Załapał żółtą kartę i nie zagra za tydzień. No ja nie wiem, jak Nawałka to ogarnie. Jak na tak doświadczonego zawodnika, to zachował się dokładnie jak… Trałka.

Oczywiście najlepszą okazję na strzelenie bramki dla Lecha wypracował… arbiter. Jarosław Przybył, który w ostatniej minucie odgwizdał karnego z kapelusza. Nawet takiej okazji Lech, a konkretnie Tiba, nie był w stanie zamienić na bramkę. Dno. Metr mułu. Poznańska Lokomotywa.

Jagiellonia Białystok 1:0 Wisła Płock

Jagiellonia znów bardzo się męczyła. Stworzyła sobie zdecydowanie więcej sytuacji niż goście. W pierwszej połowie piłka dwukrotnie lądowała w ich siatce, ale w obu przypadkach atakujący byli na spalonym. Dwa razy w polu karnym kompletnie bez krycia piłkę dostał Zoran Arsenić. Stefan Scepović też się ewidentnie nie popisał. Dostał idealną piłkę z lewego skrzydła od Kostala. Postanowił ustrzelić jednak jakiegoś gołębia na stadionie, jak mawia Dariusz Szpakowski w FIFIE. Chwilę później chciał z połowy boiska lobować Thomasa Dahne. Nie dokopał nawet do szesnastki. No pogratulować umiejętności. Swoje szansę mieli również Oskar Zawada. Przestrzelił jeszcze gorzej niż Scepović. Chwilę później Dominik Furman oddał mocny strzał z rzutu wolnego. To wszystko też na nic. Wydawało się, że dojdzie do bezbramkowego remisu. Otóż, nie tym razem. W ostatniej akcji meczu sfaulowany zostaje Arvydas Novikovas. Sprawy w swoje ręce wzięli rezerwowi. Martin Adamec dośrodkował, Stefan Scepović trafił głową w poprzeczkę, a Jakub Wójcicki zabójczo skutecznie dobił. Poradnik “jak robić zmiany w Ekstraklasie” przedstawia Ireneusz Mamrot. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że na tego gola kompletnie się nie zanosiło. Sam mecz dramatycznie nudny nie był, bo szans bramkowych obejrzeliśmy całkiem sporo. Patrząc jednak na skuteczność jednych i drugich, to z każdą kolejną szansą, można było przestać się łudzić, że cokolwiek wpadnie.

Zdecydowanie, to co zostanie zapamiętane to sytuacja, która nie wiele ma wspólnego z przebiegiem meczu.

Furman miał nazwać Tarasa Romanczuka banderowcem. Taką wersję przedstawił na Twitterze Arkadiusz Szczęsny, kierownik drużyny, oraz sam Romanczuk w strefie wywiadów.

Oczywiście nie możemy teraz przesądzić, ani stwierdzić, czy rzeczywiście tak było. Czy też Furman powiedział coś zupełnie innego i teraz cała Polska będzie się tego czepiać. Jednak ustalmy rzecz niepodważalną: Romanczuk jest człowiekiem poważnym. I jak na piłkarza, spokojnym, ułożonym, nie szukającym poklasku. Nie zobaczysz jego twarzy na pudelku, z podpisem “Romanczuk pił wódkę o 2:00 w nocy”. No po prostu nie. Natomiast Furman… Cóż. Już nie raz udowadniał, że potrafi zajść za skórę. Prowokował przecież w Białymstoku, powtarzając „i tak Legia mistrzem, panowie, i tak Legia mistrzem”.

Zakładając, że Furman byłby po prostu do czegoś takiego zdolny, to domniemanie jego niewinności jest dość ryzykowne. Gość mógłby być grającym trenerem Wisły. Jednak, jeżeli to wszystko okażę się prawdą, to stracę cały szacunek do niego. Pamiętajmy, że były zawodnik Legii nie stoi ponad prawem czy zwykłą ludzką przyzwoitością. Mam tylko nadzieję, że zostanie normalnie uruchomiona jakakolwiek procedura czy też dochodzenie, które pozwolą wyjaśnić tę sytuację. Jeżeli Furman tak powiedział, to życzę mu aby z ligi z hukiem wyleciał. Jak najdalej. Bo może być dobrym zawodnikiem, ale chamstwa i buractwa to jednak nie toleruje. Saga trwa dalej i ciąg dalszy nastąpi…

Zagłębie Sosnowiec 3:2 Arka Gdynia

Zagłębie Sosnowiec wreszcie uciekło spod topora. Wygrali spotkanie po passie 5 ligowych porażek. Teraz czas na głęboki oddech. Bowiem najwięksi rywale w “walce o spadek” pogubili punkty. Miedź dostała lanie od Zagłębia Lubin. Wisła Płock przegrała z Jagą. Górnik Zabrze przyjął trzy bramki od Pogoni. Jak nie teraz, to już chyba nigdy. Zawodnicy z Sosnowca wybrali sobie chyba idealny moment na odrodzenie. Za tydzień “mecz o życie” z Górnikiem. I po tym spotkaniu sosnowiczanie będą mogli spojrzeć dalej w przyszłość. Jeżeli wygrają, to wreszcie mogą się odbić od dna ligowej tabeli. Czasu coraz mniej. Ale lepiej późno niż wcale.

Zawodnikiem, który jest niezbędny Zagłębiu to oczywiście Szymon Pawłowski. Oby nie nabawił się jakiegoś urazu lub kontuzji, bo obawiam się, że bez niego Zagłębie zginie w odmętach strefy spadkowej. Strzelecki festiwal w Sosnowcu zakończył nikt inny jak Pawłowski, dając Zagłębiu 3 punkty.

“Czarna owca” w Sosnowcu? Giorgi Gabedawa. We Wrocławiu w ciągu dwóch minut obejrzał dwie żółte kartki. W meczu udział brał, fizycznie istniał, ale w praktyce go nie było. Gość był królem strzelców ligi gruzińskiej i MVP ostatniego sezonu. Poważnie? No to chyba w FIFIE. Gabedawa już na początku spotkania nawalił totalnie. Dostał piłkę na piąty metr. Miał w zasadzie pustą bramkę, ale zamiast od razu strzelać, przyjmował tak, że… Pavels Steinbors po prostu zabrał mu piłkę spod nóg. Można się śmiać, ale tak było. No dno i kabaret.
W Arce natomiast zaczyna się robić nerwowo. Drużyna Zbigniewa Smółki po ostatnich sześciu kolejkach dopisała sobie zaledwie dwa punkty. Ewidentnie tendencja spadkowa. Teraz na rozkładzie mecze z Piastem, Lechem i Legią. Jeszcze chwila i będziemy mówić o “walce o utrzymaniu”.

Zagłębie Lubin 3:0 Miedź Legnica

Miedź Legnica w rundzie jesiennej poradziła sobie całkiem nieźle. Jak na beniaminka Ekstraklasy nie dawała się lać na prawo i lewo. Potem przyszedł lekki spadek formy, kontuzje i zaczęły się schody. Przerwa zimowa była niczym balsam na podrażnioną skórę. No jednak ktoś zamienił balsam na… sól. Miedź po powrocie przyjęła już sześć bramek. Tydzień temu trójkę od Jegielloni, w tej kolejce trójkę od Zagłębia. I w jednym i drugiem spotkaniu przegrała zasłużenie. Największym problemem zespołu trenera Nowaka jest blok defensywny. Miljković, Musa i Bartczak wyglądali jakby miejsce w składzie wyciągnęli z paczki Laysów. Gdy jeden zawalał, do akcji wkraczał następny. Ostatecznie elektrycznymi interwencjami popisywał się Kanibołocki. W Legnicy mieliśmy do czynienia z popisem defensywnej beznadziei – raz obrońców, raz bramkarza. Reszta kolegów też niezbyt się paliła do pomocy. Pierwszy lepszy przykład – Purzycki, który zszedł z boiska jeszcze przed przerwą. Nie wyglądał jakby utykał, albo miał jakiś inny problem. No chyba, że mówimy o grze w piłkę. Dał sobie zabrać piłkę przed własnym polem karnym. Starzyński dograł do Bohara, strzał Słoweńca odbił się od Miljković, a piłka wpadła do bramki. Sytuacja mocno kontrowersyjna, gdyż piłka była wybijana… jak się okazało już zza linii bramkowej.

Wynik spotkania otworzył Pawłowski. Dobił on piłkę po strzale z rzutu wolnego Starzyńskiego. Pomocnik Zagłębia uderzył mocno, fakt, ale nie na tyle, żeby ukraiński bramkarz mógł mieć jakieś większe problemy. Tymczasem on wypluł piłkę, a sytuację skrzętnie wykorzystał skrzydłowy Zagłębia. Zrobiło się 2:0. Dokładając do tego nieporadność w ataku Miedziowych, to mamy komplet. W 44. minucie Forsel świetnie wywalczył piłkę. Zagrał do przodu. Mamy sytuacja 3 na 1. Co robi zawodnik gości? Zagrywa piłkę wprost w jedynego obrońce Zagłębia Lubin, który prawie rozdwoił się, aby uratować swój zespół. No naprawdę, można było rozegrać to jakkolwiek inaczej, tylko nie tak.

W między czasie mieliśmy popis kibiców gospodarzy. Derby, derbami. Wiadomo! Szaliki i flagi Śląska Wrocław oraz Miedzianki zostały spalone na sektorze ultrasów Zagłębia. Dobrze, że w poniedziałek nie przyjeżdżają do Wrocławia – nie będzie jeszcze większego zamieszania…

Trzecia bramka dla Zagłębia to już jest kuriozum. Można próbować winić za tego gola Augustyniaka, no ale bez przesady. Ok, rozumiem, że powinien być odwrócony twarzą do bramkarza i gotowy do tego, aby opanować piłkę… Ale skoro gość, spokojnie sobie spaceruje w kierunku środkowej linii, tyłem do bramkarza… a ten nagle decyduje, że zagra właśnie do niego. Bo czemu nie? Może dogadali się przed meczem, że to będzie taka zmyłka, że Augustyniak nagle zgarnie piłkę, minie 2 rywali, zagra krosowe podanie i Miedź strzeli bramki. No nie! Tak to nie działa. Zamiast tego, padła trzecia bramka dla Zagłębia.

Jakkolwiek spojrzeć, Miedź strzeliła sobie sama wszystkie bramki, które straciła w 2019. Ale krytykując legniczan, nie można zapominać o postawie Zagłębia. Miedziowi dominowali, przede wszystkim w pierwszej połowie imponowali wysokim pressingiem. Potem sytuacja się trochę wyrównała, ale za każdym razem to zawodnicy z Lubina zadawali ciosy. Miedzianka natomiast w ataku pozycyjnym natrafiała na pomarańczowy… a raczej miedziowy mur, którego ani Ojama, ani Forsel nie byli w stanie sforsować. Jeżeli Miedź myśli o utrzymaniu to potrzebują przede wszystkim… bramkarza.

Legia Warszawa 0:2 Cracovia Kraków

Mistrz Polski podejmował u siebie odradzającą się Cracovie Kraków. Mogliśmy spodziewać się wszystkiego. Gradu goli, spektakularnych zagrań, świetnych interwencji bramkarzy. A co dostaliśmy? Dziewięć żółtych kartek, jedną czerwoną i rzut karny. W pakiecie dwie bramki Hernandeza. Cracovia po 68 latach wywozi z Warszawy trzy punkty.

Spotkanie rozpoczęło się od około 10 minutowego opóźnienia. Oto powód:

Na mniejszym transparencie, umieszczonym na Żylecie pojawił się jeszcze jeden napis. Skierowany był do Bogusława Leśniodorskiego, który nie dawno włączył się w ratowanie Wisły Kraków: “Dopuściłeś do tego, by (L)udzie uznali cię za niegodnego podania ci ręki”. Godne… przemilczenia.

Jak już mogliśmy zacząć grę w piłkę, zdecydowanie większą ochotę miała Cracovia. Już w pierwszych minutach świetną sytuację miał Wdowiak. Po doskonałym podaniu od Janusza Gola znalazł się “sam na sam” z Majeckim. Tym razem jednak bramkarz gospodarzy stanął na wysokości zadania i zatrzymał zawodnika “Pasów”. Cracovia jednak nie zwalniała tempa. Na skrzydłach szaleli co chwilę Wdowiak z Hancą. Pomagali im boczni obrońcy, którzy tworzyli liczebną przewagę.

Obie bramki dla Cracovii wpadły w bardzo podobny sposób. Akcja przeprowadzona skrzydłem, po czym dośrodkowanie na wbiegającego Hernandez’a i gotowe. Ani Remy, ani Hlousek, ani tym bardziej Jędrzejczyk nie byli w stanie zatrzymać pomocnika “Pasów”. Z dziecinną łatwością wypracował sobie pozycje do oddania strzału i dwukrotnie umieścił piłkę w siatce. Za pierwszym razem asystował Wdowiak, za drugim Siplak.

Fani Cracovii również nie pozostali dłużni. Przy wyniku 0:2 pokazali, że oni też potrafią w pirotechnikę!

W 63 minucie zagotowało w polu karnym Legii. Wdowiak, który idealnie urwał się obrońcom i wyszedł na czystą pozycję miał przed sobą już tylko Majeckiego. Świetnie przełożył sobie piłkę podeszwą, zostawiając na sobą bramkarza gospodarzy. Już składał się do strzału, już miał paść decydujący cios! Aż tu nagle… STOP! Remy, obrońca Legionistów postanowił “delikatnie” staranować swojego rywala. Najpierw kopnął go w łydkę, a następnie przywalił z łokcia w twarz. Wdowiak padł w polu karnym. Sędzia Lasyk, najpierw się wahał, potem jednak poszedł do VAR-u. Jednak zanim tam dotarł, zaczęła się szamotanina w polu karnym. Jeden skoczył do gardła drugiemu. Pozostali przyszli z odsiedzą. I ruszyła maszyna popychanek, łapania się za twarz, rzucanie przyjaznych wiązanek itp…

Sędzia na szczęście do VAR-u dotarł, wrócił i zarządził: 4 żółte kartki oraz jedenastkę. Bez mrugnięcia okiem!

Pomimo tego, co działo się w polu karnym, nie wybraliśmy jeszcze “dzbana” meczu. Jednak z uwagi na okoliczności, nie zostanie nim Cabrera, który nie trafił z rzutu karnego. Był to już czwarty w tym sezonie zmarnowany rzut karny przez piłkarza Cracovii. Zwycięzcą zostaje… William Remy. Defensorowi warszawskiej Legii wyraźnie odcięło prąd, po tym jak najpierw sprowokował karnego, a następnie złapał żółtą kartkę. Wydawało się, że to pod wpływem emocji, niepotrzebnie się uniósł. Sędzia szybko zareagował. Remy nic sobie z tego nie robił. Postanowił tym razie podreptać rywala, tłumacząc, że on tylko piłkę chciał zabrać.

To już nie jest normalnie, zakrawa o jakiś bandytyzm. Proponuje brać jakieś leki na uspokojenie, melisę wypić, ochłonąć! Boisko to nie ring i miejsce do uprawiania MMA. Najpierw łokieć na twarz Wdowiaka, chwilę później korek na udzie Hernandeza. Komuś tutaj wyraźnie wypaliło styki.

Teraz to co tygryski lubią najbardziej. Bowiem zawodnikiem meczu został… sędzia, Piotr Lasyk. Zachował się niczym profesor, który słucha studenta, nie poprawia jego błędów, w milczeniu przysłuchuje się jego tłumaczeniom, a na końcu mówi: “Siadaj, bardzo ładnie. DWA”. Najpierw z kamienną twarzą wyjaśnił wszystkich zainteresowanych w polu karnym, rozdając żółte kartki i dyktując jedenastkę. Następnie, po konsultacji z VAR-em, zawołał Remy’ego na boisko. Anulował jego żółtą kartkę. Francuz więc zadowolony, z uśmiechem zaczął biec w kierunku pola karnego. Lasyk szybko go przywołał do porządku i pokazał… bezpośrednią czerwoną kartkę. Brawo! Mam tylko nadzieje, że po takim zachowaniu Komisja Legii, przepraszam, Ligi wyciągnie konsekwencje w stosunku do piłkarza. Remy przegiął, zachował się po bandycku i kilka kolejek odpoczynku dobrze mu zrobi.

Na sam koniec, trener Legionistów, co z pewnością nikogo nie zdziwi, okazał się zwykłym burakiem. Zwyczajnie, nie podziękował Probierzowi po końcowym gwizdku. Do tego wymachiwał rękoma i krzyczał coś do wszystkich na około. No, no Panie Sa Pinto, przegrywać też trzeba umieć. A na konferencji później słyszymy, że w pierwszej połowie murawa nie pomagała piłkarzom Legii. No szkoda, że piłkarze Cracovii radzili sobie świetnie. Może mają lepsze korki? Albo po prostu potrafią grać w piłkę?

To chyba tyle w temacie:

Cracovia pewnie zmierza w górę tabeli. Do tego zalicza sześć zwycięstw z rzędu po raz pierwszy od 1948 roku! Szacunek! Niech teraz pierwszy rzuci kamieniem ten, który śmiał się z Michała Probierza, jak ten sadził rośliny. No i co teraz? Łyso wam? A na Cracovie aż miło patrzeć!

Wisła Kraków 1:0 Śląsk Wrocław

W ostatnim spotkaniu zamykającym 22. kolejkę Lotto Ekstraklasy, Wisła Kraków pokonała Śląsk Wrocław na własnym stadionie 1:0. Bramkę dla gospodarzy zdobył kapitan Białej Gwiazdy, Jakub Błaszczykowski.

Pierwsza połowa spotkania, poza oczywiście strzeloną bramką, nie przyniosła zbyt wielu emocji. Mieliśmy dużo chaotycznej gry w środku pola, wiele strat i niecelnych zagrań. Ani jedna, ani druga drużyna nie potrafiła przejąć wyraźnie inicjatywy w tym spotkaniu. Wisła miała jednak więcej argumentów, aby w dzisiejszym meczu wywalczyć korzystny rezultat. Podopieczni Macieja Stolarczyka w pierwszej połowie wymienili prawie 2x więcej podań, niż ekipa z Dolnego Śląska. Do tego aktywni byli boczni pomocnicy – Jakub Błaszczykowski i Sławomir Peszko. Ten drugi miał kilka dobrych sytuacji, jednak to nie był dzień pomocnika Wisły. Peszko, według wielu opinii, powinien, co prawda w drugiej połowie, opuścić boisko z drugą żółtą i w konsekwencji czerwoną kartką, jednak sędzia Gil był wyjątkowo łaskawy.

Śląsk w pierwszej połowie oddał kilka strzałów na bramkę Wisły. Większość niecelnych lub niestanowiących większego zagrożenia dla bramkarza gospodarzy. Najlepsza sytuacja dla Śląska w pierwszej połowie – dośrodkowanie z rzutu rożnego. Z piłką minął się minimalnie Celeban, a ta dosłownie uderzyła Plewkę w głowę, a następnie trafiła w poprzeczkę. Tak, właśnie groźny był Śląsk w tym spotkaniu.

W drugiej połowie to goście początkowo doszli do głosu. Jednak dalej brakowało spokoju w rozgrywaniu. Proste straty notował Broź z Cholewiakiem. W środku pola Radecki do spółki z Łabojko też nie potrafili stworzyć przewagi. Kilka akcji próbował przeprowadzić Musonda i to on zdecydowanie był najlepszy w tej części spotkania. Paradoksalnie, bowiem zmarnował najlepszą okazję dla gości – nie trafił w bramkę z 10 metra po składnej akcji wrocławian. Śląsk miał przewagę w stałych fragmentach gry, których wywalczył ponad 10. Na nic się to zdało. Mączyński czy też później Chrapek lub Farshad nie byli dziś w stanie dostarczyć dokładnej piłki w pole karne. Wisła ograniczyła się w ostatnim kwadrancie jedynie do kontrataków, które nie przyniosły większego zagrożenia bramki Słowika.

Największe emocje w tym spotkaniu, dla kibiców gospodarzy, przyniósł powrót na boisko w Krakowie, Jakuba Błaszczykowskiego. Kibice zasiadający na sektorze C rozwinęli transparent ozdabiający przygotowaną przez nich oprawę. “Miłość większa od milionów, Kuba wreszcie witaj w domu” – napisano pod podobizną Błaszczykowskiego.

Ekipa z Krakowa bardzo potrzebowała trzech punktów. Po ostatnich zawirowaniach i przegranym meczu w Zabrzu, to zwycięstwo było potrzebne, niczym czyste powietrze w Krakowie. Pomimo dość przeciętnego występu. Na Śląsk to wystarczyło. Nie oszukujmy się, ale remis byłby chyba najlepszym rozwiązaniem. Ani Wisła, ani Śląsk nie pokazali nadzwyczajnej piłki. Mecz był bardzo wyrównany i trudno było wskazać, który zespół zaprezentował się lepiej. Po ekipie wrocławian nie zostało jednak nic pozytywnego. Zwycięstwo u siebie z Zagłębiem Sosnowiec 2:0 można włożyć między bajki. Obrona Wisły, przez którą przed tygodniem gracze Górnika wchodzili bez większych problemów, dla ofensywy Śląska była nie do przejścia. O ile krakowianie mają dobre wytłumaczenie tego, że na początku wiosny prezentują się przeciętnie, o tyle Śląsk tak dobrego alibi nie ma. Może poza tym, że biegają i to znów najszybciej:

Niech ta “akcja” będzie najlepszym podsumowaniem występu Śląska w tym spotkaniu:

Jedenastka kolejki:
Peškovič – Kirkesov, Malec, Pietrowski, Siplak – Gol, Pawłowski, Jegiełło, Kozulj – Hernandez, Parzyszek

“Dzban”
Remy

“Pan piłkarz” vel “Ciasteczko”
Hernandez

Komentarze