Strona główna Piłka nożna Lotto Ekstraklasa Na co jeszcze stać Miłosza Przybeckiego?

Na co jeszcze stać Miłosza Przybeckiego?

0

Jeszcze kilka sezonów temu Miłosz Przybecki był uważany za jednego z najbardziej utalentowanych zawodników młodego pokolenia. Obecnie, jako zawodnik Ruchu Chorzów, musi udowodniać, że jego kariera nie jest jeszcze zmarnowana. 

Polska Ekstraklasa, sezon 2012/13. Polonia Warszawa wpada w coraz większe kłopoty finansowe, piłkarzom nie jest wypłacana pensja, coraz częściej pojawią się głosy o możliwym rozwiązaniu klubu. Mimo to podopieczni Piotra Stokowca, który dopiero wchodził na futbolowe salony, są rewelacją ligi, a Polonia zajmuje ostatecznie szóstą lokatę w Ekstraklasie. Oko obserwatora przyciąga warszawskie trio – Wszołek, Teodorczyk, Przybecki. Ten ostatni imponował piekielną szybkością i przebojowością, do tego z wyskokiem dosiężnym na 87cm mógł konkurować z koszykarzami NBA, a przecież miał zaledwie 22 lata. Skrzydłowy, którego Polonia Warszawa sprowadziła z pierwszoligowego Ruchu Radzionków, miał w niedalekiej przyszłości stanowić nie tylko o sile warszawskiego klubu, a o sile samej reprezentacji Polski. W czasie gdy jego rówieśnicy, gniewni i utalentowani, odchodzili do zagranicznych klubów, Miłosz Przybecki zdecydował się na pozostanie w Ekstraklasie, nie chciał przepaść na Zachodzie. Przepadł w Polsce.

W czerwcu 2013 roku Miłosz Przybecki rozwiązał kontrakt z Czarnymi Koszulami, podobnie jak większość jego klubowych kolegów. Nad Polonią zebrały się czarne chmury i widmo nieuchronnej degradacji do IV ligi. Za to dla Przybeckiego przyszłość malowała się w różowych barwach. Młody, utalentowany skrzydłowy mógł przebierać w ofertach nie tylko z rodzimej ligi. Pojawiła się nawet opcja transferu do Premier League, ale Przybecki zdecydował się pozostać w kraju i podpisał kontrakt z Zagłębiem Lubin. Nie do końca wiadomo czy to sowita pensja, czy też niedopasowane treningi sprawiły, że zawodnik gasł w oczach. Wciąż był szybki, wciąż skakał wyżej od innych, jednak nie był to już ten sam Miłosz, którego talent stawiano na równi z talentem Pawła Wszołka, obecnego reprezentanta Polski.

Zagłębie spadło z ligi, spadł więc i Miłosz Przybecki. Występy na pierwszoligowych boiskach dla wielu jego kolegów z drużyny były swoistym katharsis. Niestety dla Miedziowych, Przybecki wciąż był cieniem samego siebie i nawet na tle słabszych zespołów prezentował się przeciętnie. Przeciętność stała się słowem, które najlepiej oddawało jego formę. Z perspektywicznego, utalentowanego, młodego gracza stał się wyłącznie przeciętnym.

Po awansie Miedziowych do Ekstraklasy dla Przybeckiego zabrakło miejsca w kadrze. Miejsce to znalazło się jednak w Szczecinie, gdzie działacze Pogonii wciąż widzieli w zawodniku potencjał. Trener Czesław Michniewicz stawiał na Przybeckiego, ale i tym razem skrzydłowy zawiódł. Grał sporo, ale nie przekładało się to na jakość Portowców. Szczecińska przygoda Przybeckiego trwała rok, kolejny zmarnowany rok.

25-letni zawodnik znalazł się na zakręcie kariery. Podczas gdy Paweł Wszołek miał propozycje transferu do zespołów Serie A, on szukał klubu, z bagażem nieprzyjemnych doświadczeń minionych sezonów i bogatą kartą kontuzji. Niespodziewanie pomocna dłoń przyszła ze Śląska, skąd zawodnik wypłynął na piłkarskie salony. Ruch Chorzów zaproponował Przybeckiemu kontrakt, mimo że w tym czasie niewielu w niego wierzyło. Podpisał dwuletnią umowę, z opcją przedłużenia o kolejny rok, zaciągając jednocześnie dług wdzięczności wobec działaczy Ruchu i trenera. Dla Przybeckiego to może być ostatnia szansa na udowodnienie, że nie jest tylko piekielnie szybkim jeźdźcem bez głowy, któremu jeden udany sezon zapewnił dostatni byt. Trener Fornalik ma w swojej talii równie szybkich zawodników, takich jak Kamil Mazek czy Łukasz Moneta, dlatego aby odbić się od dna i wrócić na piłkarski szczyt Przybecki będzie musiał pokazać coś więcej niż tylko sprinterski talent. Pierwsze spotkanie Ruchu w nowym sezonie 25-letni skrzydłowy przesiedział na ławce. Oby nie utknął tam na dłużej…

Komentarze