poniedziałek, 3 października, 2022

Powrót mody na memoriały

 

W zamierzchłych czasach, gdy dźwięk motocykli żużlowych w niczym nie przypominał kosiarki do trawy, a kolejki do sklepu z mięsem były dłuższe od fryzur Antonio Lindbaecka i Adama Skórnickiego razem wziętych, polska liga nie była tak naszpikowana gwiazdami jak obecnie. Inaczej sprawa wyglądała w turniejach memoriałowych, które zawsze ściągały na trybuny rzesze kibiców. Tylko tam mogli oni obejrzeć zawodników światowego formatu, jak na przykład Ivana Maugera, czy Hansa Nielsena.

Sytuacja ta zmieniła się w latach dziewięćdziesiątych wraz z dopuszczeniem zawodników z zagranicy do jazdy w polskich ligach oraz zastąpieniem Indywidualnych Mistrzostw Świata cyklem GP, który często odwiedzał i nadal odwiedza Polskę. Kibice szybko przyzwyczaili się do oglądania najwybitniejszych żużlowców na własne oczy co najmniej raz na dwa tygodnie, co doprowadziło do coraz mniejszego zainteresowania tradycyjnymi zawodami, takimi jak wszelkiego rodzaju memoriały. To trochę tak jak z pomarańczami albo mandarynkami. Wielu ludzi, którzy pamiętają czasy PRL-u zwykło mówić, że teraz te owoce nie smakują już tak, jak wtedy. Wszyscy jednak wiemy, że ich smak wcale nie zmienił się od poprzedniego ustroju. Po prostu w tamtym okresie nie można było wejść z ulicy do sklepu, kupić cytrusy i wyjść, gdyż pojawiały się w sprzedaży tylko na specjalne okazje. Wraz z czasem oczekiwania rósł apetyt, przez co, kiedy w końcu nadarzyła się okazja, by zjeść owoce, wydawały się najsmaczniejszym pokarmem świata. Teraz wszystko wygląda zupełnie inaczej. Gdy w południe najdzie nas ochota na mandarynki, możemy kupić kilka kilogramów jeszcze przed trzynastą. Straciły rangę delicji, bo jedzenie ich spowszedniało, przestało być czymś wyjątkowym. To samo stało się z zawodami żużlowymi.

Taka sytuacja utrzymywała się przez kilkanaście lat. Tradycyjne turnieje były odsuwane coraz dalej na drugi plan przez nowe twory na żużlowej mapie świata, jak na przykład SEC, IMME, SBPC, czy inne, których nazwy bardziej przypominały nazwy spółek giełdowych, niż zawodów żużlowych.

Ostatnio jednak w sercach wielu Polaków pojawiła się nowa wartość. Namawia ich do noszenia ubrań z patriotycznymi motywami, zgłębiania wiedzy o Powstaniu Warszawskim i Żołnierzach Wyklętych, czy kupowania jedzenia w sklepie X, zamiast w markecie Y, ponieważ właścicielem X jest rodowity Polak. Mówiąc wprost, obudził się w nas duch patriotyzmu. Nie możemy jednak wziąć przykładu z naszych dziadków, którzy zaspokajali go walcząc z najeżdżającymi na nasz kraj wrogami, gdyż Polska cierpi obecnie na ogromny deficyt najeżdżających na Nią wrogów. Duch patriotyzmu nie może jednak zostać głodny, więc robimy rzeczy, które wymieniłem. Może nie tak heroiczne, ale zdecydowanie bardziej bezpieczne. Kibice żużla mogą dodatkowo pójść na tradycyjny memoriał, zamiast zawodów, których nazwy wymyśla się metodą: „trzecia litera imienia mojej teściowej, druga litera nazwiska panieńskiego prababci oraz ostatnia litera imienia mojego psa” i robią to bardzo chętnie.

Działaczom bardzo przypadłą do gustu ta nowa moda. Postawili sobie ambitny cel, by w memoriałach startowała światowa czołówka żużlowców. Nie tyle dla większego uczczenia pamięci patrona zawodów, co dla większych wpływów do kasy klubu. Tak, czy siak jak na razie wywiązują się z tego zadania w stu procentach. Również dzięki nim wiele zawodów „ku pamięci” wróciło ostatnio na mapę Polski, bo bardzo długiej przerwie. Ostatni Memoriał Edwarda Jancarza odbył się w 2009 roku, Mariana Rosego w 1998.

Udaje im się sprowadzać na te turnieje śmietankę najlepszych żużlowców. W leszczyńskim Memoriale Alfreda Smoczyka wystąpią między innymi reprezentanci miejscowego klubu, tacy jak Emil Sajfutdinow, Peter Kildemand, Nicki Pedersen, czy Piotr Pawlicki. Toruński Memoriał Mariana Rose będzie za to połączony z charytatywnym meczem dla Darcy Warda, w którym wystąpią zawodnicy światowego formatu, jak Tai Woffinden, Greg Hancock, czy Chris Holder. Pod względem stawki zawodników nikt nie może się jednak równać z Memoriałem Edwarda Jancarza. W Gorzowie można mówić nawet o „małym Grand Prix” i wcale nie będzie to przesadą. Sajfutdinow, Vaculik, czy Przedpełski to przecież wybitni zawodnicy, lepsi od niektórych jeźdźców z SGP. Przemek Pawlicki, Patryk Dudek i Maksym Drabik też nie dają dmuchać sobie w kaszę, pokazują wielu słynnym żużlowcom, że nie należy ich lekceważyć. Dołóżmy do tego pięciu zawodników, których będą walczyć o tytuł Indywidualnego Mistrza Świata (Iversen, Zagar, Lindbaeck, Zmarzlik i Piotr Pawlicki) oraz resztę zawodników gorzowskiej Stali. Otrzymamy przepis na bardzo ciekawe zawody. Gdyby Edward Jancarz mógł oglądać to widowisko, ku swej czci, to z pewnością w jego oku pojawiłaby się łza wzruszenia.

Jak widać memoriały wracają do mody i łask polskich kibiców, to bardzo dobrze z punktu widzenia tradycjonalisty, patrioty, człowieka, który wie, że społeczeństwo musi utożsamiać się z historią, jednak przede wszystkim z punktu widzenia żużlowego kibica, który z wielką chęcią obejrzy przed sezonem piękne wyścigi wybitnych zawodników.



Podobne teksty

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Dodaj komentarz!
Wprowadź imię



Najnowsze

Udostępnij

SOCIAL MEDIA