Strona główna Piłka nożna Europejskie puchary : Historia “polskich” finałów Ligi Mistrzów

[WIDEO]: Historia “polskich” finałów Ligi Mistrzów

0
Źródło: mademan.com

Na chwilę przed arcyważnym meczem- finałem piłkarskiej Ligi Mistrzów, mamy przyjemność przedstawić historie związane z Polakami w tych spotkaniach. Zapraszamy do lektury.

Kilka finałów Ligi Mistrzów (wcześniej Pucharu Europy) odbyło się z udziałem polskich piłkarzy. Ostatni taki miał miejsce w 2013 roku, gdy Łukasz Piszczek, Robert Lewandowski i Jakub Błaszczykowski w barwach dortmundzkiej Borussii mierzyli się z Bayernem Monachium (wygrana Bayernu 2:1).

Młynarczyk i Boniek
O ile finał z 2013 roku, większość aktualnych kibiców pamięta, to finały z lat 80. ubiegłego wieku, pamiętają już tylko wytrwali kibice piłkarscy. A wówczas również mieliśmy piłkarzy na bardzo wysokim poziomie. Dwóch z nich miało również okazję zagrać w finale Pucharu Mistrzów, a w obu przypadkach odnieść w nim nawet zwycięstwo.

Józef Młynarczyk występował na pozycji bramkarza, a swoje największe sukcesy w piłce klubowej święcił w barwach FC Porto. To właśnie razem z portugalską drużyną zwyciężył w Pucharze Mistrzów w 1987 roku. Wówczas jego ekipa była skazywana na pożarcie. Na papierze, Portugalczycy nie mieli szans z wielkim Bayernem. Boisko zweryfikowało jednak rzeczywistość kompletnie inaczej. Polski golkiper stracił gola na początku spotkania, po którym monachijczycy prowadzili. W dalszej części meczu, sprawy w swoje ręce wzięli jednak piłkarze ofensywni. Za sprawą napastników: Algierczyka Madjera i Brazylijczyka Filho Juary, udało się pokonać Niemców. Ten pierwszy, po latach, wypowiedział się na temat Młynarczyka.

Noc przed finałem byłem przestraszony, ale powiedziałem sobie, że musimy wygrać. Pamiętam, że rozmawiałem z Józefem Młynarczykiem. Powiedziałem mu, że wygramy 2:1. On mi nie wierzył, mówił, że zwariowałem. Normalnie taki nie był, nie przypominam sobie, by bał się rywali. Józef był moim przyjacielem. Często dzieliliśmy pokój przed meczem, choć akurat chyba nie przed finałem. Świetny bramkarz i wspaniały człowiek. Mam z nim wiele miłych wspomnień, choć nie grałem z nim w karty. On to lubił, ja niespecjalnie – mówił po latach Madjer w rozmowie z “Przeglądem Sportowym”.

Zbigniewa Bońka nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Obecny prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej, również dostąpił zaszczytu, jakim jest zwycięstwo w Pucharze Mistrzów. W 1985 roku zdobył trofeum w barwach Juventusu Turyn. Mierzył się wówczas z Liverpoolem. Nie było mu jednak dane świętować sukcesu swojej drużyny. Wydarzenia boiskowe zostały bowiem w cieniu, kosztem strasznej tragedii, jaka miała miejsce na trybunach. Z tego względu, nikt nie chciał świętować zwycięstwa z szacunku dla osób, które zginęły. A było ich 39. W tym wielu kibiców “Starej Damy”. Temu zdarzeniu warto jednak poświęcić osobny akapit.

Tragedia na Heysel
29 maja 1985r. podczas finału Pucharu Euro rozgrywanego na stadionie Heysel w Brukseli pomiędzy angielskim F.C. Liverpool a włoskim Juventusem doszło do starć pomiędzy kibicami. Starcie dwóch drużyn pozostało w cieniu wydarzeń pozaboiskowych, choć sam mecz zapowiadał się bardzo ciekawie.

Anglicy przystępowali do meczu jako zwycięzcy czterech z ośmiu ostatnich edycji Pucharu Europy. Drużyna z Turynu rok wcześniej triumfowała w Pucharze Zdobywców Pucharów. Mecz przyciągał więc ogromną uwagę.

Na stadionie znajdowało się wówczas około 60 000 ludzi. W 52 minucie meczu, w pole karne Liverpoolu wpadł Zbigniew Boniek. Polak został sfaulowany i szwajcarski sędzia, Andre Daina podyktował rzut karny, który minutę później na bramkę zamienił Michel Platini. Taki rezultat utrzymał się do końca meczu i Juventus mógł cieszyć się z pierwszego w swej historii Pucharu Europy. Mógł, ale się nie cieszył. Po zdobyciu tego trofeum, zdobywca jedynej bramki radował się bardziej niż wszyscy. Jeszcze nie zdawał sobie sprawy jak wielu ludzi przybyłych tamtego dnia na stadion nigdy już go nie opuściło. W przykrych okolicznościach zginęło równe 39 osób, a około 600 poniosło ciężkie obrażenia. Platini kilka godzin później przeprosił za swoje zachowanie. Powiedział po prostu, że jeszcze do niego nie dotarło jak wielu ludzi zginęło nieopodal.

Godzinę przed planowanym rozpoczęciem meczu trybuny stadionu wypełniły się po brzegi. I to dosłownie. Jak się później okazało, ten obiekt nie był gotowy na przyjęcie takiej ilości osób. Chwilę przed pierwszym gwizdkiem sędziego, grupa angielskich fanatyków przedarła się przez ogrodzenia i zmierzała w stronę kibiców Juventusu. Obydwie strony niemiłosiernie się obrażały.

W pewnym momencie, Włosi zaczęli panicznie uciekać, tratując się nawzajem. Wielu z nich zginęło po upadku trzymetrowej ściany, która zawaliła się właśnie pod ich naporem.

Dlaczego te wydarzenia miały miejsce? Tak jak pisaliśmy, mecz spotkał się z ogromnym zainteresowaniem. Organizatorzy postanowili więc wpuścić na stadion więcej osób niż było to możliwe. Dodatkowo, nie zadbano podobno o obecność służb na stadionie. Wszystkie te czynniki spowodowały śmierć niewinnych osób.

Dudek jako bohater Liverpoolu
Kolejnym, polskim piłkarzem, który wystąpił w tym prestiżowym spotkaniu, był Jerzy Dudek. 60-krotny reprezentant Polski grał na pozycji bramkarza, przywdziewając wówczas barwy angielskiego Liverpoolu. “The Reds”, prowadzeni wówczas przez Rafę Beniteza, pokonali w finale AC Milan. Choć do przerwy, absolutnie nic na to nie wskazywało…

Drużyna Polaka po pierwszych 45. minutach przegrywała bowiem aż… 0:3! W drugiej połowie, zdołała jednak odwrócić losy spotkania i doprowadzić do remisu. Wówczas kilkoma bardzo dobrymi interwencjami wykazał się Polak, ale prawdziwymi umiejętnościami wykazał się dopiero w konkursie rzutów karnych. Wówczas w spektakularny sposób obronił dwie “jedenastki” i zapewnił swojej drużynie zwycięstwo.

Trio z Dortmundu
Kilka lat temu, w Borussii Dortmund mieliśmy przyjemność oglądać aż trzech Polaków. Jakub Błaszczykowski, Łukasz Piszczek i Robert Lewandowski w ekipie prowadzonej przed Juergena Kloppa, odgrywali bardzo ważne role. Udało się wówczas dotrzeć nawet do finału Ligi Mistrzów (2013 rok), w którym zmierzyli się z Bayernem Monachium. Ten sam trener, poprowadzi dziś Liverpool w starciu z Realem.

Polacy schodzili z boiska bardzo rozgoryczeni. Wydawało się bowiem, że dortmundczycy przeważają i mają ten mecz pod kontrolą. Mimo to, Bayern był skuteczniejszy i strzelił jedną bramkę więcej (2:1). Złość była jeszcze większa ze względu na to, że decydujący gol padła w 89. minucie.

Dlatego, choć był to rekordowy mecz pod względem liczby Polaków w finale ligi Mistrzów, pozostał mały niedosyt.

Komentarze