sobota, 25 czerwca, 2022

Gregg Popovich – Sensei basketu! Wszystkie twarze Popa

W nocy z piątku na sobotę historia NBA napisała się na naszych oczach. Gregg Popovich awansował na pierwszą pozycję w rankingu wszech czasów pod względem liczby zwycięstw odniesionych jako trener. Nie zabrakło szampana, gratulacji i fety z olbrzymią pompą na wzór świętowania po zdobyciu trofeum im. Larry’ego O’Briena. I szczerze powiedziawszy: Pop na to zasłużył!

zakład bez ryzyka w eFortuna

I to jak nikt! Bo możemy wymieniać sukcesy Reda Auerbacha, mówić z wypiekami na twarzy na temat Phila Jacksona, wspominać fenomen Jerry’ego Sloana czy Pata Rileya. Popovich to absolutny numer jeden wśród elitarnej kasty szkoleniowców. Tak, osiągnięcia sportowe 73-letniego enologa możemy wymieniać z zapartym tchem: pięciokrotny mistrz NBA, trzy razy nagradzany statuetką dla najlepszego trenera sezonu zasadniczego oraz złoty medalista olimpijski z Tokio. Dwadzieścia dwa lata z rzędu wprowadzał San Antonio Spurs do play-offów. Kosmos! Plus ten niesamowity rezultat wykręcony na początku minionego weekendu – 1336 indywidualnych zwycięstw i fotel lidera na liście wszech czasów. Popovich to człowiek, do którego podjazdu nie ma obecnie żaden trener.

Przez wszystkie lata spędzone w baskecie z najwyższej półki Gregg Popovich zasłynął z języka ostrzejszego, niż brzytwa. Ten wytrawny winoznawca kreował poczucie humoru za pomocą grobowego wyrazu twarzy. Pop pokochał koszykówkę z wzajemnością. Zawodnicy nazywali go „Sierżantem”, a dziennikarze do dziś mianują trenera San Antonio Spurs „pogromcą reporterów”. Popovich to synonim zwrotów: sensei basketu, trenerski guru, szkoleniowy as wywiadu. Co powiecie na krótką podróż szlakiem najwybitniejszego trenera, jaki kiedykolwiek łamał tablice do rozrysowywania akcji? Zapraszamy!

As wywiadu

Gregg Charles Popovich przyszedł na świat 28 stycznia 1949 roku we Wschodnim Chicago, w stanie Indiana. Ojciec trenera jest z pochodzenia Serbem, a matka Chorwatką. Mały Gregg pobierał naukę w szkole podstawowej w Merrillville, gdzie po raz pierwszy zetknął się z koszykówką. W 1960 roku był członkiem składu Gary Biddy Basketball All-Star Team, który zajął trzecie miejsce podczas Światowego Czempionatu dzieciaków, odbywającego się w miejscowości Gary (hrabstwo Lake).

Chłopak nie miał problemów z edukacją, więc tuż po ukończeniu podstawówki, dostał się do miejscowego liceum w Merillville, którego absolwentem został w 1966 roku. Dalszym kierunkiem kształcenia Popovicha były studia na Akademii Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych. Naturalnie, wiązało się to również z basketem.

Wprawdzie Popovich nie był postacią szczególnie wyróżniającą się na tle pozostałych wojskowych adeptów, jeśli idzie o talent sportowy, ale nawet to nie stanowiło przeszkody, by zdobyć tytuł najlepszego strzelca drużyny w trakcie ostatniego sezonu i rangę kapitana zespołu koszykówki. Wszystko zawdzięczał uporowi, determinacji oraz nabytej umiejętności motywowania kolegów i na parkiecie, i poza nim.

Oprócz rozwoju sportowego, Gregg mnóstwo czasu spędzał na nauce. Drugim boiskiem młodziana była biblioteka, w której godzinami wertował stronice ksiąg. A jako że kochał wiedzę i potrafił chłonąć ją jak gąbka wodę, o oceny nie musiał się martwić. Studia ukończył w 1970 roku, zdobywając przy okazji licencjat z sowietologii.

Po uzyskaniu dyplomu Popovich został wcielony do lotnictwa, w którym odsłużył pięć lat. Nie miał zamiaru zapominać o koszykówce, bowiem reprezentował wówczas barwy zespołu sił powietrznych Stanów Zjednoczonych Ameryki, z którym wywalczył mistrzostwo AAU (Amateur Athletic Union). Ba, Popovich był nawet brany pod uwagę przy ustalaniu składu na Igrzyska Olimpijskie w Monachium w 1972 roku, jednak ostatecznie musiał obejść się smakiem.

Rok później objął funkcję asystenta trenera na University of Denver. W międzyczasie wysłano go do Europy Wschodniej, na tereny Związku Radzieckiego, gdzie przebywał wraz z dywizjonem armii USA. Jego inteligencja, znajomość sowieckich realiów oraz korzenie, sięgające tamtych obszarów, nie umknęły uwadze amerykańskich służb wywiadowczych. W skrócie – CIA poddała Popa szkoleniu i zatrudniła jako agenta.

pakiet powitalny w LV BET na zakłady bukmacherskie - 3333 zł

Przede wszystkim, w pierwszej kolejności poza kolejnością, agentem numer jeden w sercach kibiców basketu zawsze będzie Gregg Popovich. Bo nasz, spod znaku NBA. Ciekawostka! Swego czasu Pop zajmował się przemytem broni przez granicę pomiędzy Syrią a Irakiem.

W trakcie sześciu lat spędzonych na stanowisku asystenta trenera drużyny akademickiej w Denver, Gregg Popovich uzyskał magisterium z wychowania fizycznego. W 1979 roku przyjął ofertę objęcia posady głównego szkoleniowca zespołu uniwersyteckiego Pomona-Pitzer Sagehens.

Dążąc do perfekcji

Pomona i Pitzer – szkoły położone w Południowej Kalifornii – słynęły z kształcenia duchowego pod względem artystycznym. Rozwój sportowy wówczas nie stanowił dla placówki większego znaczenia. Sala gimnastyczna wyglądała jak opuszczony szpital psychiatryczny rodem z horroru, zawodnicy jakby ich głodzono. Wzrostem przypominali hobbitów potykających się o własne nogi. Potencjał do uprawiania basketu? Żaden.

Popovich często napotykał trudności ze skompletowaniem dziesięciu nastolatków, którzy uczestniczyliby w zwykłej gierce treningowej 5 na 5. Czasami uczniowie w ogóle rezygnowali z zajęć z Popem, ponieważ wiązali przyszłość z naukami ścisłymi i woleli wysłuchiwać nudnawych wykładów.

Jednak Gregg stawiał czoło przeciwnościom losu. Świadectwem konsekwentności szkoleniowca jest mecz przeciwko drużynie uniwerku Redlands, w którym trener postanowił prowadzić poczynania ofensywne czterema zawodnikami. Czterech na pięciu, jeden zostaje w okolicach połowy boiska.

Kiedy koszykarze Redlands odpuszczali krycie piątego, ten prędko przesuwał się na czyste pozycje i od czasu do czasu udawało mu się znaleźć drogę do kosza. Sagehens ponieśli dotkliwą porażkę w tamtym pojedynku. Po latach jeden z podopiecznych Popovicha wypowiadał się w następującym tonie:

– Wyciągał króliki z kapelusza. Był jak magik, który próbuje znaleźć jakikolwiek sposób, żeby poprawić naszą grę. W naszym zespole mieliśmy czterech, może pięciu chłopaków, którzy grali w pierwszych piątkach w szkole średniej. Większość drużyny nie była nawet na tyle dobra. Poppo naprawdę przejmował się naszymi porażkami. Wcześniej byliśmy gromieni i nic nie było zmieniane. Nikt nie krzyczał. Nikt nie był karany, ani wskazywany jako winny. Wygrywanie czy przegrywanie tak naprawdę nie miało znaczenia. Teraz nagle zaczęło mieć.

Pierwsza kampania pod dowództwem Popovicha okazała się brutalnym zderzeniem z rzeczywistością. Dwa zwycięstwa i aż dwadzieścia dwie porażki. Wtedy Gregg zarządził, że Pomonie do sukcesu potrzebny jest niezawodny system rekrutacyjny graczy ze szkół średnich.

Mało kto decydował się na występy dla mizernej drużyny z trzeciej dywizji NCAA, która na domiar złego nie fundowała stypendiów sportowych. Popovich dzwonił więc do wybrańców, pisał listy z zaproszeniami oraz odwiedzał ich osobiście. Monitorował sytuację każdego perspektywicznego gracza, zachwalając przy tym uroki panujące na kampusie uczelni. Ponadto zachęcał potencjałem do poszerzania horyzontów naukowych czy też szansami na regularną grę.

– Miał obsesję na punkcie procesu rekrutacji, ale przejście go było bardzo ważne. Ta dokładność przy całym procesie. Wiadomo było, że to straszne i nieefektywne, gdy to robiłeś. Aczkolwiek, żeby wyglądało poprawnie, trzeba było być dokładnym – wspomina ówczesny asystent Popa, Charles Katsiaficas.

W drugiej kampanii liczba zwycięstw Pomona-Pitzer wyniosła dziesięć, a w kolejnym roku Sagehens osiągnęli 50% ligowych wygranych. Gregg wrzeszczał w niebogłosy, przeszywał podopiecznych mrożącym krew w żyłach spojrzeniem, rzucał mięsem gdzie popadło i łamał tablice do rozrysowywania akcji. Serce Popovicha krwawiło jednak najmocniej, gdy widział, jak jego zawodnicy pudłują na potęgę z linii rzutów wolnych.

Podopieczni trenera do dziś pamiętają specjalny trening, kiedy Popovich zasłonił okna w sali gimnastycznej i kazał ustawić się wszystkim w kolejce przed charity stripe. Jeżeli trafisz próbę osobistą, idziesz na koniec i czekasz na następne podejście. Gdy spudłujesz, musisz się pozbyć wyznaczonej przez Popa części garderoby. Rygorystyczne metody nie przyniosły początkowo większych efektów, ale wreszcie zaczęły.

Popovich podczas rozgrywek 1985/86 poprowadził Sagehens do pierwszego mistrzostwa konferencji od… sześćdziesięciu ośmiu lat. Całkiem porządny rezultat. Sezon 1986/87 Pop spędził u boku Larry’ego Browna na University of Kansas, gdzie pełnił funcję asystenta trenera i wolontariusza Jayhawks.

Później jeszcze przez rok zajmował się ekipą Pomona-Pitzer, aż w 1988 roku Browna zatrudniono na stanowisku głównego trenera San Antonio Spurs. Popovich spakował walizki i ruszył w ślad za swoim mentorem.

Najpiękniejszy sen Popovicha

Kiedy Larry Brown piastował stanowisko szkoleniowca San Antonio Spurs, zespół z Teksasu zazwyczaj meldował się w play-offach. Tyle że codziennością stało się również kończenie sezonu już na pierwszej rundzie fazy pucharowej. Red McCombs, ówczesny właściciel drużyny, wymagał od sztabu szkoleniowego zdecydowanie więcej, niż przygotowywania zestawu wędkarskiego już po pierwszych rundach. Cierpliwość McCombsa miała swoje granice, więc wyrzucił Larry’ego Brown wraz z całą jego świtą na zbity pysk.

Gregg Popovich objął wtedy posadę asystenta trenera Dona Nelsona w Golden State Warriors, gdzie zabawił przez dwa następne lata. W 1994 roku powrócił do Teksasu i z miejsca został mianowany menedżerem generalnym oraz wiceprezydentem ds. operacji koszykarskich. Popovich nie czekał. Działał.

Ściągnął do zespołu takich koszykarzy, jak Avery Johnson, Doc Rivers czy Monty Williams. Przehandlował Dennisa Rodmana za Willa Perdue. W 1996 roku Popovich podjął decyzję o usunięciu ze stanowiska trenera Boba Hilla i jako jego następcę wyznaczył… właśnie siebie! To posunięcie wywołało olbrzymią medialną burzę wokół szkoleniowca. Rok później Spurs wybrali z pierwszym numerem draftu Tima Duncana, co zapoczątkowało erę „Bliźniaczych Wież” w San Antonio. Bo należy pamiętać o Davidzie „Admirale” Robinsonie. Tuż po zdobyciu Larry O’Brian NBA Championship Trophy w 1999 roku, wyselekcjonował z 57 numerem draftu Manu Ginobiliego, a w 2001 z 28 numerem Tony’ego Parkera.

Przemyślane ruchy sprawiły, że Gregg Popovich zbudował dynastię San Antonio Spurs. Drużyny tytanów basketu, których mogliśmy oglądać w gronie faworytów do walki o mistrzostwo NBA przez majestatyczne 22 lata. Zespołu „Ostróg” można było nie trawić, ale budzili szacunek reszty ligowych potentatów. I każdy przekonał się o tym – nawet historia we własnej osobie – że z Popovichem i jego armią lepiej nie zaczynać.

Wino, Boris Diaw i śmiech

Pasja do wina ukształtowała się w Greggu Popovichu jeszcze w latach siedemdziesiątych, gdy był wojskowym. Często i gęsto gościł w kalifornijskiej Napa Valley, słynącej do dziś z winnic, których wyrobami zachwyca się cały świat. Pop spędzał tam mnóstwo czasu wraz z przyjaciółmi, degustując niezmierzone ilości tego zacnego trunku.

Zamiłowanie Gregga potwierdzone jest faktem, że nawet zapisał się na kursy z winoznawstwa, dzięki czemu w jego kubkach smakowych rozwinęło się poczucie estetyki i swego rodzaju wyrafinowanie. Popovich jest prawdziwym fachowcem, jeśli chodzi o tematykę napoju bogów. W domowej piwniczce skolekcjonował aż trzy tysiące butelek różnych gatunków win.

zakład bez ryzyka w STS

Na dodatek może śmiało poszczycić się oregońską firmą „A to Z Wineworks”, produkującą wina, której zresztą jest współwłaścicielem. Pop bez dwóch zdań ma olbrzymi problem z alkoholem, ale nie taki, o jakim myślicie. Ma właściwie dwa problemy. Pierwszy – po odejściu z zespołu Borisa Diawa nikt nie chce z nim pić…

– Gdy zabrakło Diawa w drużynie, nasze obiady stały się dużo nudniejsze. Był jednym z nielicznych, którzy pili ze mną alkohol. Wszystkich moich graczy próbowałem namówić na wino, Boris był łatwym celem. Wcale się nie opierał – podkreśla Popovich.

…po drugie – Poppo nienawidzi niedzielnych starć, odbywających się wczesną porą:

– Nawet nie napiłem się wina wczoraj wieczorem, ponieważ dziś rozgrywaliśmy mecz popołudniu. To najgorszy wymiar kary, najbardziej fatalna część meczów popołudniowych.

Tak więc, jeżeli którejś niedzieli pomyślicie sobie: „Super, dziś mecze wcześniej. Można obejrzeć”, to miejcie na uwadze przez jakie piekło musi przechodzić Gregg Popovich.

Salah „The Best Trash Talker Ever” Mejri

Któż nie kojarzy rosłego zawodnika Dallas Mavericks? W 2016 roku tunezyjski debiutant postanowił dać upust emocjom. Normalne? Niezbyt. Druga kwarta, „Ostrogi” posiadają przewagę ponad dwudziestu oczek, a środkowy Mavs zachowuje się, jakby rozgrywał zawody życia. Po zapakowaniu piłki z góry, zaczyna rzucać epitetami w kierunku Popovicha, robiąc groźną minę do słabiutkiej gry. Reakcja trenera? Bezcenna. Gregg wybucha śmiechem, patrzy na równie rozbawionego Tima Duncana, pytając żartobliwie:

– Co ja takiego zrobiłem?

Po zakończeniu spotkania dziennikarze chcieli dowiedzieć się od Popovicha, co powiedział do niego Tunezyjczyk, a trener Spurs odparł w swoim stylu:

– Nie mam zielonego pojęcia. To było całkiem zabawne.

Tak, trzeba przyznać, że Mejiri jest najlepszym trash-talkerem w annałach koszykówki. Jeszcze mógłbym zrozumieć, jakby mecz był na styku albo walka toczyła się w NBA Finals Game7, lecz taka reakcja przy dwudziestopunktowej stracie zakrawa na satyrę. Brawo, Mejri! Nie ma co. Zobaczcie sami!

Ten to ma szyk, ten to ma gest

W kwietniu 2017 roku San Antonio Spurs grali w pierwszej rundzie play-offów przeciwko Memphis Grizzlies. Po przegranym pojedynku w hali FedExForum, Gregg Popovich udał się na kolację do restauracji McEwen on Monroe. Za posiłek zapłacił 800 dolarów, ale nie ta kwota wzbudziła największy podziw.

Pop sowicie wynagrodził obsługujących go tego wieczora kelnerów, zostawiając im pokaźną sumę w wysokości 5000 dolarów. To nie pierwszy taki napiwek szkoleniowca ekipy z Teksasu. Rok wcześniej podarował kelnerom okrągły 1000 zielonych. Konkretny napiwek, nieprawdaż? Napiwek – jak sama nazwa wskazuje – powinien zawierać tyle, żeby kelnerowi wystarczyło na browar. W tym przypadku na kilka zgrzewek.

Marjanović? Samolub!

23 marca 2016 roku, Spurs podejmują przed własną publicznością Miami Heat. Kapitalny występ zalicza Kawhi Leonard, autor 32 punktów. Ostrogi wyraźnie pokonują gości 112-88. Jednak to nie Leonard jest bohaterem pomeczowych wywiadów z Greggiem Popovichem, a rookie Boban Marjanović, który uzyskał najlepsze w karierze 19 oczek. Coach Pop w nietuzinkowym stylu, ze specyficznym dla siebie poczuciem humoru, komentuje wyczyn Serba.

– To jeden z najbardziej samolubnych graczy, jakich spotkałem w tej lidze. Musi oddać rzut za każdym razem, kiedy dotknie piłki. Uważam, że powinien przeprosić za to swoich kolegów z drużyny. Boban chce tylko znaleźć się w statystykach – stwierdził w żartach Popovich.

Hack-a-Shaq

Gdy Shaquille O’Neal reprezentował barwy Los Angeles Lakers, trener Gregg Popovich zaczął na nim stosować taktykę „Hack-a-Shaq”. Jaja jak berety miały miejsce po przenosinach O’Neala do Phoenix Suns. Inauguracja meczu w AT&T Center, Shaq wygrywa walkę o pierwsze posiadanie na środku boiska, na zegarze upływa zaledwie pięć sekund, a Michael Finley specjalnie fauluje środkowego Słońc. Gregg Popovich śmieje się od ucha do ucha, unosząc kciuki w górę. Dowcip z dedykacją dla O’Neala od Popa.

Starość w protokole

25 marca 2012 roku Ostrogi odniosły zwycięstwo nad Philadelphią 76ers (93-76). Tym razem ofiarą żartów „Asa Wywiadu” został Tim Duncan. Protokół przedmeczowy zazwyczaj zawiera nazwiska zawodników, którzy są gotowi do gry oraz tych, którzy są kontuzjowani bądź odpoczywają. Gregg Popovich, wszak wytrawny kawalarz, wpisał przy nazwisku silnego skrzydłowego komunikat takiej oto treści: „DND – OLD”.

Panie Popovich, co dalej?

Multum rozmaitych odpowiedzi nasuwa się po przeczytaniu powyższego pytania. Bo z jednej strony wiemy, że sensei basketu wieczny nie będzie i zmiany w San Antonio, nawet jeśli wyłącznie kosmetyczne, są potrzebne. Pop gustuje głównie w wybornych koszykarskich trunkach z dawnych roczników, wyznając zasadę, że obecny basket jest nudny. Choć – jak na ciągle docinającego staruszka – całkiem nieźle prosperuje we współczesnym kozłowaniu pomarańczowego przedmiotu.

Z innej perspektywy cholernie szkoda będzie pożegnać się z ostatnim trenerem, którego podstawowe narzędzia pracy stanowią wprawne oko i nos do zajmowania się tym sportem. Żywimy nadzieję, że ta wspaniała wyprawa jeszcze odrobinę potrwa. Tytułem puenty: mamy do czynienia z najlepszym enologiem wśród trenerów i jednocześnie najwybitniejszym trenerem wśród enologów. Panie Popovich, dziękujemy!

Jeremy Sochan wkracza na najpiękniejszą estradę basketu. Koszykarski fenomen, profesor defensywy i draft NBA

Podobne teksty

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Dodaj komentarz!
Wprowadź imię

Udostępnij

Najnowsze

SOCIAL MEDIA