Strona główna Koszykówka Andrzej Person: Caster Semenyi robiono krzywdę przez lata

Andrzej Person: Caster Semenyi robiono krzywdę przez lata

0
foto: https://kkwloclawek.pl/czytaj,aktualnosci,20180620,zwyciezca-lozy-ekspertow-andrzej-person-po-raz-czwarty

To jest trudny temat. Zwyczajnie po ludzku mi jest jej żal. Uważam, że to za długo trwało, przecież to trwało 11 lat – mówi Andrzej Person w wywiadzie dla polski-sport.pl o sprawie Caster Semenyi. Ponadto rozmawialiśmy o zbliżających się Mistrzostwach Świata w koszykówce, spadku renomy rywalizacji reprezentacji narodowych w sportach drużynowych oraz medalowych szansach Polski na przyszłorocznych Igrzyskach w Tokio.

 Szymon Rogalski: Po pierwsze chciałbym Panie Andrzeju zapytać o koszykarskie Mistrzostwa Świata, bo powszechnie przecież wiadomo, że jest Pan żywo zainteresowany tą dyscypliną sportu. Polska wraca na tę imprezę po bardzo długiej przerwie, na jaki wynik naszych reprezentantów w tym turnieju Pan liczy?

Andrzej Person: Sympatycznie przyjąłem wiadomość, że udało nam się zakwalifikować. Wyjście z grupy po dość szczęśliwym losowaniu jest absolutnym obowiązkiem. Natomiast, nie będę ukrywał, że w 1967 roku mieliśmy lepszych koszykarzy niż dzisiaj. Tych gwiazd z europejskich lig nie mamy. Ta drużyna z 1967 roku była świeżo po Mistrzostwach Europy, gdzie zajęliśmy drugie miejsce, była wtedy mocniejsza. Teraz przede wszystkim się cieszę, że się zakwalifikowaliśmy. Liczę na zespołowość, bo gwiazd nie mamy takich, które by się liczyły w świecie czy Europie. Większość to są zawodnicy, którzy uzupełniają składy, czy to polskich, czy zagranicznych drużyn. Na pewno szkoda, że nie gra Lampe. To jego decyzja i nie ma co do tego wracać. Taki jest sport. Gramy tym, co mamy. On na pewno dałby sporo wiedzy, bo przecież już 4. sezon będzie grał w Chinach. Tak się złożyło i nie ma co na ten temat więcej dyskutować. Zobaczymy jak się ułoży. Nie wyobrażam sobie, byśmy z tej grupy nie wyszli. Sam fakt, że gramy w Mistrzostwach Świata po tylu latach wpłynie na promocję koszykówki. Ja nie jestem obiektywny, skoro Anwil zdobył dwa razy zdobył Mistrzostwo Polski z rzędu, ale potrzeba koszykówki w dużych miastach. O tym kiedyś mówiliśmy. Mimo mojej miłości do rodzinnego miasta, to ta potęga z 1963 roku i 1967 roku i późniejszych lat, nasze olimpijskie udziały opierały się na klubach z Wrocławia, Poznania, Warszawy. Toruń, to był chyba jeden z najmniejszych z drużyn ligowych, a dziś jeden z największych. To jest problem. To był sport uniwersytecki, teraz wszystko się zmieniło. Ogólnie się cieszymy, że gramy, będziemy dopingować i liczyć na to, że damy radę i że trener, który był tak średnio lubiany na początku, doprowadził drużynę do Mistrzostw Świata.

SR: Skoro jesteśmy przy grach zespołowych to czy wierzy Pan, że renoma Mistrzostw Świata w takich dyscyplinach jak hokej czy koszykówka jest w stanie wrócić do stanu z przeszłości? Czy jesteśmy już jednak skazani na „upychanie” tych turniejów w taki sposób, by nie przeszkadzały zanadto największym ligom, z których i tak wielu czołowych zawodników nie decyduje się na przyjazd na takie turnieje?  Czy tylko dyscypliny o mniejszym zainteresowaniu mogą obronić swoje rozgrywki reprezentacyjne przed „pazernością” sponsorów, a co za tym idzie klubów?

AP: Sporty zespołowe dzisiaj na świecie przegrywają, najkrócej mówiąc, w potyczce z pieniędzmi. Gigantycznymi sponsorami na świecie, którzy stawiają warunki, wymagają, żądają. Te sporty mają się coraz gorzej i w Polsce i na świecie. Taka jest prawda. Strasznie mi żal, bo Pan pyta o hokej. Pamiętam czasy wielkich. Graliśmy ze Związkiem Radzieckim i wygraliśmy, choć nikt nie chciał w to wierzyć. Wrócę do czasów, kiedy byliśmy naprawdę mocni, graliśmy w pierwszej dywizji. Wszystko to wymaga strasznych środków, szkolenia. W tych dużych sportach na świecie jestem pesymistą, bo nie dadzą rady wygrać z tymi ligami gigantycznymi, które dysponują niezwykłymi pieniędzmi. To spowodowało też, tak na marginesie, ale to istotne, że kibic światowy czy europejski bardziej się interesuje, niestety z punktu widzenia reprezentacji narodowych, klubem niż reprezentacją. W Ameryce w koszykówce to nawet nie ma co mówić. Kibice amerykańscy nie będą pewnie znali tego składu, bo tam jedzie druga drużyna. Coś się stało, czego kiedyś nie było. Odwołam się do przykładu rodzinnego. Gdybym zięcia Anglika spytał, czy by wolał, że Anglia była mistrzem świata, czy Newcastle mistrzem Anglii, to bym stracił cały autorytet i szacunek. To jest oczywiste, że Newcastle, a nie Anglia. To jest chyba dosyć powszechne. Nie jest tak wszędzie i jeśli drużyna narodowa wysoko awansuje, to kibice też są. To jest jednak okazjonalne i to jest cały problem. Liga gra raz w tygodniu albo nawet dwa. Reprezentacja w kraju 5 razy do roku i na wyjeździe też tyle. Taki jest akurat kalendarz eliminacji do Mistrzostw Europy. Zupełnie inny kibic. Ten kibic, który idzie z żoną i dzieckiem za rękę, jest tam jakimś kibicem swojego klubu, ale nie takim, jak ci, którzy czasami niestety na zabój walczą w imieniu tej swojej klubowej drużyny. To jest na całym świecie. Te wielkie pieniądze z krajów arabskich, czy innych monarchów finansowych, biznesowych trafiają tam, gdzie ta firma, czy szejk będzie miał satysfakcje ze zwycięstw „jego” klubu, w Anglii, Hiszpanii, czy we Włoszech. Tak się porobiło i to jest przykre. Mało tego, to jest jeden krok przed tym, że za chwilę stworzy się taka jakaś Nadliga, Superliga. Takie kraje, które gdzieś tam się przepychają, z lepszym lub gorszym skutkiem od tego odpadną. Nie będzie możliwości być najlepszym w Europie czy na świecie. To jest przykre, ale tak to wygląda.

SR: Za blisko rok sportowcy z całego świata spotkają się na Igrzyskach w Tokio. Uważa Pan, że Polska będzie się w stanie podźwignąć z wyników medalowych w okolicach 10-11 medali? Bo właśnie tyle nasi sportowcy ich przywozili co cztery lata od Igrzysk w Atenach.

AP: Jak Pan wie jestem zawsze wielkim optymistą, ale od tego Sydney to już 20 lat minęło i ciągle krążymy wokół dziesięciu, jedenastu medali. Chciałbym, żebyśmy zdobyli dwadzieścia medali, ale chodzę po ziemi. Wiem, że to jest niemożliwe. Głównym powodem jest brak takiej przewodniej dyscypliny, która by nam dawała więcej medali. Tak było przed laty, że w 40 min zdobyliśmy 3 złote medale w boksie, a w ogóle sześć, jeśli dobrze pamiętam w Tokio. Był taki moment i to jest strasznie przykre, że w Atenach byłem prawie pewny, że taką dyscypliną będzie pływanie. Trzy medale Otylii i finałowe miejsca i sztafety. Dzisiaj trzeba mieć dużo wyobraźni, by przewidzieć jakieś medale w Tokio w pływaniu. Ostatnie Mistrzostwa Świata to pokazały. Realnie oceniając, jest lekkoatletyka, która jest potęgą europejską, ale Europa nie jest potęgą światową i to jest pewien problem. Mam nadzieję, że przyniesie trzy, cztery, a może pięć medali i na tym kończymy takie wielomedalowe dyscypliny. Szermierka zupełnie poległa, ciężary też raczej nieobecne, mówiąc o tych dyscyplinach, które zawsze dawały nam medale. Zostają pojedyncze dyscypliny, w które wierzę np. strzelanie. Zawsze się pojedyncze dyscypliny trafią. Dodatkowo siatkówka mężczyzn. Z trudem doliczamy do tych jedenastu. Nie ma innego wyjścia. To nie jest takie łatwe. Zdobyliśmy worek medali w zapasach klasycznych w Atlancie. Świętej pamięci minister Paszczyk mówił, że stawiamy na zapasy klasyczne. Ptasiego mleka brakowało, gdzie chcieli to jeździli, wszystko było. I na następnych igrzyskach w Sydney było zero, Ateny też zero i Pekin zero, aż kobieta zdobyła medal, bo wcześniej kobiet nie było. Dlaczego? Nikt nie potrafi odpowiedzieć. Wydawało się, że już nieelegancko mówiąc, medalodajna dyscyplina jest. Nie jest to takie proste. Po cichu liczę, bo skądś te jedenaście medali musi się wziąć, że kajaki i wiosła. Jeżeli jednak te dwie dyscypliny zdobędą razem cztery medale, to będziemy szczęśliwi. Może jest jakiś postęp, a sam mam satysfakcję, że taki największy talent ostatniego roku pojawił się właśnie we Włocławku. Gdzie przyczyniłem się do budowy przystani. Taka przystań i wszystkie takie obiekty to dają nam szanse i nadzieje. Bez tego w ogóle nic by nie było.

SR: Na ustach mediów sportowych i nie tylko sportowych z całego świata jest obecnie sprawa Caster Semenyi. Czy uważa Pan, że wyrok szwajcarskiego sądu w tej sprawie jest sprawiedliwy wobec biegaczki z RPA?

AP: To jest trudny temat. Zwyczajnie po ludzku mi jest jej żal. Uważam, że to za długo trwało, przecież to trwało 11 lat. Ona była a taka, a podejrzana. Ona się po prostu taka urodziła i to jest duży problem. On kiedyś nie istniał. Gdyby nie zabójstwo tragiczne naszej bohaterki narodowej Stanisławy Walasiewicz, no to nikt by nie wiedział. Sekcja zwłok wykazała, że prawdopodobnie była taka sama jak Caster Semenya. I nie one dwie, tylko takich przykładów jest więcej. Ja nie jestem lekarzem ciężko mi się wypowiadać. Natomiast musimy rozgraniczyć dwie rzeczy. Ktoś, kto w sporcie oszukuje, różne sztuki stosuje, od anabolików począwszy, aż po wkręcanie śrub w but w kolce do skakania wzwyż, bo był taki sprytny Rosjanin, to dla tych miejsca w sporcie nie ma. Dla tych drugich gdzieś powinno być. To jest dość nieludzkie, aby federacja zmuszała ją, czy lekarze, że ma zmieniać się pod wpływem środków farmakologicznych. Albo się nadaje do sportu jako kobieta, albo nie. Natomiast żeby ją zmuszać do obniżania do testosteronu to, to jest dla mnie chore. Tak jak kiedyś, Rosjanki wygrywały wszystkie mistrzostwa w koszykówce, bo były zwyczajnie wyższe. Uljana Semjonova miała chyba 2,15m. Jak na tamte czasy, to pozostałe koszykarki biegały im do pasa i był wniosek, żeby ograniczyć koszykówkę kobiet do bodajże 1,85m. Głośno się o tym mówiło. To co mieli nogi obciąć tej Uljanie, czy Małgosi Dydek? To jest trudny temat i nie będę się dalej wypowiadał, bo się na tym nie znam. Nie ma jednak cienia wątpliwości, że taka się urodziła i taka chce być. Z drugiej strony rozumiem naszą biegaczkę na 800m i wszystkie inne na świecie, bo wiedziały, że nie startują w tej samej konkurencji. Trudny temat. Skończy się tak, że nie będzie startowała. Wszyscy lub prawie wszyscy odetchną, ale na szczęście są ludzie, którzy się zastanowią, dlaczego robiono jej taką krzywdę przez te lata.

SR: Czy głównym problemem nie jest jednak to, że my o tym dyskutujemy od dziesięciu lat, a IAAF nie był w stanie rozwiązać tej sprawy wcześniej?

AP: Ma pan sto procent racji, że to jest główny problem, że wszyscy umywali ręce i nikt nie był w stanie podjąć decyzji, co dalej ma się z nią dziać. Z drugiej strony jest ona bohaterką narodową w RPA i to jeszcze dolewało oliwy do ognia. Trzeba było ten węzeł gordyjski jednym cięciem zlikwidować 11 lat temu. Jak się tego nie zrobiło, to potem są konsekwencje. Takich zawodniczek będzie pewnie więcej. Mam swoje zdanie, że często te kobiety, które mają męskie sylwetki, to mają większe szanse w sporcie. Takich przykładów byśmy znaleźli sporo. Natomiast te delikatne szans mają mniej, niestety tak się to porobiło. Sport się robi coraz silniejszy w sensie fizyczności i to będzie coraz częściej taki problem. Mężczyźni pójdą na siłownie albo dosypią, coś miejmy nadzieję dozwolonego do schabowego z kapustą i tych mięśni im przybędzie. Z kobietami to takie oczywiste nie jest. Patrzymy dziś na korty tenisowe, jak to się zmieniło, że ta Agnieszka Radwańska odeszła chyba w dobrym momencie. Bo dookoła pojawiły się zawodniczki zdecydowanie wyższe i silniejsze, co widać gołym okiem. Rzadko kiedy jakaś drobna tenisistka i nie tylko tenisistka odniesie sukces, bo to we wszystkich sportach widać. To będzie problem na następne lata.

Komentarze